Portret rodzinny Jana III,  Henri Gascar, 2 poł. XVII w. ,  Kraków, Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu
Główna Konkurs Moda i obyczaje Ubiory polskie Ubiory obce Tkaniny Słownik Bibliografia Inne
Moda i obyczaje
O gościach i obyczajach
Francuskie ekstrawagancje
Orient na dworze Jana III
Król o wielkim umyśle
Sarmackie twarze Polaków
Higiena
Pompa pogrzebowa w kulturze staropolskiej
Zabytki sztuki namiotnictwa
O gościach i obyczajach na dworze Jana III Sobieskiego
dr Jarosław Pietrzak
Stolnik witebski Kazimierz Sarnecki (przed 1670 ‒ po 1712), pełniący rolę informatora podkanclerzego wielkiego litewskiego Karola Stanisława Radziwiłła (1669‒1719), w 1693 roku tłumaczył swoje zadania na dworze królewskim w następujący sposób: Co zaś się tknie udania tego, żebym nie dosyć czynił stacyjej mojej na tym miejscu, Boga i króla jm. i wszystkich dworskich pro testimonio biorę, bo jakom mszy, obiadu, tak i wieczora na pańskich pokojach pilnuję i zawsze się prezentuję moją wierną majestatom pańskim usługę nie mając inszy zabawki nad jedną: krzątanie i konotowanie tutecznych okkurencyj jako i przybywających na pałacu.
Sarnecki poza próbą usprawiedliwienia się przed protektorem uznał za stosowne powiadomić go o wizytach różnych gości i opisać obyczaje panujące na dworze królewskim. Oprócz Sarneckiego, który spisał diariusz oraz adresował dziesiątki listów do Radziwiłła, podobną rolę agentów w otoczeniu króla pełnili w owym czasie: Kazimierz Siemianowski, Jerzy Koziński, Stanisław Małachowski (od 1698 roku wojewoda poznański, zmarły rok później), Jan Kaczanowicz, a nawet Francuz Piotr de Noyers. Wszyscy oni – ze szczegółami – starli się oddać w swoich opisach atmosferę panującą na dworze oraz przedstawić magnatom, często pochłoniętym sprawami publicznymi, osobistości przybywające na dwór z zaznaczeniem celu ich podróży.
Dwudziestodwuletnie panowanie Jana III Sobieskiego (od 1674 do 1696 roku) stanowiło czas, w którym przez dwór przewinęła się niezliczona rzesza osób różnej narodowości i stanu, co trafnie zresztą oddał przebywający w 1684 roku w Jaworowie Jan Władysława Poczobut-Odlanicki: przez którą rezydencyją moją było się czemu przypatrzeć, widząc różnego stanu ludzi i narodu – nie tylko ich m. panów senatorów polskich, ale Włochów, Hiszpanów, Wenetów, Francuzów, Greków, Węgrów, Wołochów, Multanów, Serbów, Kozaków, Turków i Tatarów – co dzień to co nowego, jeżeli nie wiedzieć to słyszeć musi tam każdy przytomny zostając, a ile kiedy kto wędrowny. Ów niepowtarzalny klimat dworu łączącego najróżniejsze kultury stawał się niewątpliwe magnesem przyciągającym wysoko urodzonych.
Dodajmy, że przyczyną wysokiej frekwencji odwiedzających dwór króla były wydarzenia o znaczeniu publicznym, np. rady senatu czy przyjmowanie obcych poselstw, o czym będzie mowa dalej. Szczególnym momentem była choroba i agonia Jana III Sobieskiego w dniu 15 czerwca 1696 roku, kiedy w Wilanowie pojawili się najważniejsi przedstawiciele elity dygnitarsko-urzędniczej, m.in. marszałek wielki koronny Stanisław Herakliusz Lubomirski (1642‒1702), podskarbi koronny Hieronim Augustyn Lubomirski (1647‒1706), podskarbi nadworny koronny Atanazy Miączyński (1639‒1732), kasztelan sądecki Michał Czerny (zm. 1697) oraz biskupi: poznański – Stanisław Witwicki (1630‒1698), płocki – Andrzej Chryzostom Załuski (1650‒1711), inflancki – Mikołaj Popławski (1636‒1711).
Istniały także wyjątkowe okoliczności, kiedy dwór wydawał się niemal opustoszały. Zaliczały się do nich takie momenty jak czas zgromadzeń sejmikowych i sejmowych. Tak było w listopadzie 1693 roku, kiedy, jak stwierdza Sarnecki: Absolutnie z gości nikogo nie masz teraz u dworu, co żywo się porozjeżdżali na sejm przyszły wybierać się z domów swoich, ile kiedy już concurrentia cessavit. Podobne rozczarowania z powodu braku przedstawicieli szlachty na dworze i świeżych wieści, które ze sobą przywozili, wyraził król Jan III w liście do swej żony, zaznaczając, iż tum [w Jaworowie – przyp. J.P.] wszystkom zastał arcy-głucho. Znikąd nic nie słychać. Co żywo się wszyscy rozjechali na sejmiki deputackie. Jak zaznaczał dalej, przez chwilę w Jaworowie przebywał starosta przemyski Andrzej Modrzejowski (zm. 1683), lecz i on wkrótce udał się do Sądowej Wiszni na sejmik ziemi lwowskiej. Przy tej okazji uczynić należy uwagę, iż jaworowski dwór nie cieszył się uznaniem dworzan: Jaworów jest znacznie większy i wygodniejszy, ale nikt sobie w nim nie znajduje upodobania: dwór przeto ogranicza się tam zwykle na liczbie osób bardzo małej, bo do Jaworowa ten tylko przybywa kto tam ma konieczną potrzebę. Tylko Królestwo IchMść najlepiej tam lubią bawić.
Innymi momentami były święta mające w kalendarzu liturgicznym status wielkich. Były to: Narodzenie Najświętszej Marii Panny (8 września), Podwyższenie Krzyża Świętego (14 września), Boże Narodzenie (25 grudnia), Objawienie Pańskie (6 stycznia), Zwiastowanie Najświętszej Marii Pannie (25 marca), Niedziela Palmowa (niedziela poprzedzająca Wielkanoc), Zmartwychwstanie Pańskie, Zesłanie Ducha Świętego. Wówczas król i jego rodzina oddawali się modlitwie, postowi i nabożnym rozmyślaniom. Jak zanotował Kazimierz Sarnecki: Król jm. z królową jm. całe dopołudnie strawił na konferencyjej, potem po mszy obiad jadł w gabinecie u królowej jm.; nikogo tam nie puszczano tylko tych, co służyli do stołu. Po obiedzie nabożeństwo, alias pasyja odprawowała się według zwyczaju. Ostatnim powodem odesłania gości sprzed oblicza majestatu królewskiego była choroba króla. Monarcha, który po koniec lat 90. XVII wieku, utrapiony niepowodzeniami wojennymi w Mołdawii, jak i walką z opozycją magnacką, coraz częściej cierpiał na bóle migrenowe, podagryczne, reumatyczne i schorzenia gastryczne, poszukiwał dla siebie spokoju z dala od gości, obcych dyplomatów, a nawet rodziny. I tym razem dobrze poinformowany Sarnecki odnotował, iż tenże ból króla jm. cierpiał z stękaniem wielkim od boleści, bardzo mało spał i jadł, nikogo do pokoju nie wpuszczano krom potrzebnych ludzi domowych, doktorów, cyrulików, ile do tych pokoików dwóch szczupłych do izby senatorskiej przymurowanych, gdzie wielkość ludzi być nie może. Monarcha dbający o swój autorytet i wizerunek, także ten wizualny, nie chciał zapewne, by ktoś niepowołany widział go zbolałego i udręczonego chorobą.
Nie sposób wyliczyć wszystkich osób przybywających na dwór Jana III Sobieskiego, ani tym bardziej dokonać jakiejś jednoznacznej klasyfikacji tej grupy. Tego typu studia wymagają niewątpliwie szerszego, odrębnego potraktowania. W tym miejscu pragnę ograniczyć swoją uwagę jedynie do najważniejszych postaci, które współtworzyły obyczajowość codzienną i świąteczną oraz kształtowały charakter miejsca, jakim był dwór monarszy, w dużej mierze wpływając na rozkład dnia rodziny królewskiej.
Na co dzień…
Jan III przeszedł do historii jako jeden z najaktywniejszych monarchów, który poprzez wyprawy wojenne, polowania oraz objazdy dóbr celem ich lustracji zmuszał dwór do częstego przemieszczania. Potrzeba kontaktu z ludźmi oraz rodzinnymi stronami na Rusi Czerwonej sprawiła, że dwór zmieniał swe rezydencje zależnie od kaprysu pary królewskiej i odbywał tysiące niepotrzebnych wędrówek ze wsi do wsi dla samej potrzeby odmienności miejsca. Król i królowa są nieustannie w ruchu a spoczynek jest dla nich czymś podobnym do zadawania sobie gwałtu.
Poza Zamkiem Królewskim w Warszawie i pałacem w Wilanowie (wzniesionym w latach 1681‒1696 wg projektu Augustyna Locciego Młodszego) dwór zatrzymywał się najczęściej we dworze w Pielaszkowicach (województwo lubelskie), Żółkwi i Pomorzanach, stanowiących schedę po matce Teofili z Daniłowiczów Sobieskiej kasztelanowej krakowskiej, w Kukizowie (zwanym także Krasnym Ostrogiem), opisywanym jako: cudownie wesołe miejsce, oraz Jaworowie. Ta ostatnia rezydencja, nazywana „ruską Arkadią”, składała się z drewnianego, lecz w pełni wyposażonego i wygodnego dworu oraz przepięknego ogrodu: dziwnej maniery włoskiej, bardzo ozdobny, jako jedyny raj na ziemski mający różne fontanny, altany, sale, ulice także chodniki kunsztowne i kwatery i statuy jako żywe kupidynów i bogiń, drzewa wyśmienite, które wyliczyć trudno. Tu też były ruchome mostki. Goście chodząc po nich wpadali do sadzawek ku uciesze króla. Poza wymienionymi miejscami każdy z członków rodziny miał swoją własną ulubioną stancję. Królowa często wybierała się do Wysocka i Jarosławia, z kolei jej mąż nieraz zatrzymywał się we Lwowie, będącym historycznym, gospodarczym i kulturalnym centrum Rusi.
W każdym z tych przybytków życie rodziny królewskiej płynęło nieco inaczej, na co wpływ miały nie tylko upodobania członków rodziny Sobieskich, ale także odwiedziny gości i charakter ich wizyt. Życie dworu polskiego nie przebiegało wedle ściśle ustalonego harmonogramu, jak miało to miejsce w Wersalu zarządzanym przez króla Ludwika XIV, ale naznaczone było raczej pewną spontanicznością, naturalnością zachowania oraz odejściem od zasad ceremoniału w życiu codziennym. Warto jednak przyjrzeć się rozkładowi dnia króla i jego rodziny, różnym jego wariantom, jakie rodzina wybierała, by miło spędzić czas, a w końcu zwrócić uwagę na osoby, które towarzyszyły Sobieskim w tym czasie.
Dzień pary monarszej rozpoczynał się mszą świętą, na którą przybywały dzieci królewskie, a także siostra króla Katarzyna z Sobieskich Radziwiłłowa (1634‒1694), podkanclerzyna i hetmanowa polna litewska. Liturgię i nabożeństwa (również popołudniowe i wieczorne) celebrowano, w zależności od samopoczucia króla, w kaplicy zamkowej, tzw. kaplicy moskiewskiej (obecnie pałac Staszica w Warszawie), lub w kościołach: św. Jacka, należącym do oo. Dominikanów, Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, znajdującym się pod opieką karmelitów, Augustianów pod wezwaniem św. Marcina, kościele Wizytek, oo. Reformatów, oo. Bernardynów czy w kolegiacie św. Jana, będącej kościołem farnym. Król udawał się także na ulicę Miodową, gdzie z jego inicjatywy w latach 1683‒1694 wzniesiono kościół dla oo. Kapucynów.
Król niezależnie od stanu zdrowia starał się wypełniać obowiązki religijne i nawet będąc chorym prosił o wysłuchanie spowiedzi czy udzielenie komunii świętej. Tylko nadzwyczajne powody, jak na przykład pilne sprawy gospodarcze, nie pozwalały mu brać udziału we mszy. Bywały też okazje świadczące o łamaniu przykazań kościelnych. W 1692 roku król w czasie postu piątkowego nakazał odegranie aktorom włoskim komedii, co spotkało się z potępieniem ze strony nuncjusza apostolskiego Giacomo Cantelmiego (1645‒1702) oraz biskupa poznańskiego Witwickiego. Król w ciętej ripoście przypomniał, że nawet Król Arcychrześcijański (Ludwik XIV) pozwala na odgrywanie komedii w dni świąteczne. Jan III ugiął się jednak pod żądaniami duchownych, którzy zagrozili, iż obłożą aktorów ekskomuniką.
Małżonka króla − Maria Kazimiera − dla odmiany nieraz samotnie wysłuchiwała mszy świętej w kościele Sakramentek na Nowym Mieście. Jako fundatorka kościoła i klasztoru (poświęconych w 1692 roku) miała prawo wstępowania za klauzurę, co łączyło się z możliwością przebywania w specjalnie przygotowanej dla niej celi. Królowa oddawała się w niej nie tylko modlitwie i kontemplacjom, ale także kuracjom polegającym na kąpielach w wannie, trwającym nieraz dwa tygodnie.
Msza święta stawała się nierzadko pierwszą okazją do kontaktu między rodziną królewską a duchownymi przebywającymi na dworze najczęściej: biskupem płockim (w latach 1692‒1699) Andrzejem Chryzostomem Załuskim, biskupem poznańskim (w latach 1688‒1698) Stanisławem Witwickim (którego formalna zwierzchność rozciągała się wówczas także na Warszawę), biskupem warmińskim (w latach 1688‒1699) Janem Stanisławem Zbąskim, arcybiskupem lwowskim (w latach 1681‒1698) Konstantym Lipskim czy arcybiskupem gnieźnieńskim i prymasem Michałem Stefanem Radziejowskim (1645‒1706). Do tego grona należeli także kaznodzieje stale rezydujący przy dworze, m.in. ojcowie: Adrian Przeborowski, Adrian Pikarski i Karol Vota z zakonu jezuitów, Stanisław Papczyński ze zgromadzenia księży marianów oraz Jan Humiecki i Ambroży Skopowski z zakonu kaznodziejskiego.
Po spełnieniu obowiązków względem duszy przychodził czas na roztrząsanie spraw państwowych. Wstępem do tego zazwyczaj stawało się odczytywanie korespondencji krajowej i zagranicznej, nadesłanej z dworów obcych. Wczesna pora, jaką przeznaczano na to zadanie, miała wprowadzić monarchę w nurt aktualnych problemów politycznych i dać mu czas na zastanowienie się oraz na podjęcie decyzji, zwłaszcza gdy chodziło o wakujące urzędy.
Czasami wydanie właściwego wyroku zmuszało króla do uprzedniego zasięgnięcia rady u innych urzędników. Stąd ważnym elementem stało się zwoływanie rad senatu, które udzielały królowi pomocy w trudnych kwestiach prawno-ustrojowych, szczególnie w okresie przed zwołaniem sejmu, celem uzgodnienia strategii działania dworu. Na przykład w czerwcu 1684 roku w Jaworowie zebrała się rada, w której uczestniczyli: biskup łucki ( w latach 1682‒1688) – Stanisław Witwicki, kijowski (w latach 1683‒1692) – Andrzej Chryzostom Załuski, kamieniecki (w latach 1684‒1687) – Jan Albrecht Denhoff, smoleński (w latach 1684‒1687) – Konstanty Kazimierz Brzostowski, wojewodowie: trocki – Marcjan Aleksander Ogiński (1632‒1690), czernichowski – Otto Falkierzamb (zm. 1705) oraz kasztelan podlaski – Stanisław Karol Łużecki (zm. 1686) i podkanclerzy koronny Jan Gniński (1625‒1685). Wymienieni dostojnicy debatowali wokół spraw rozdawnictwa wakansów na przyszłym sejmie, rozlokowania wojsk na leże zimowe i wypłaty żołdu, a także wokół sprawy małżeństwa królewicza Jakuba Sobieskiego. Z kolei w 1693 roku, pod przewodnictwem kardynała Radziejowskiego, doszło do spotkania wojewodów: mazowieckiego − Franciszka Wessla (1680‒1724), ruskiego − Marka Matczyńskiego kaliskiego − Stanisława Małachowskiego, kijowskiego − Marcina Kątskiego (1635‒1710), podlaskiego − Marcina Oborskiego (zm. 1697), podskarbiego wielkiego litewskiego Benedykta Pawła Sapiehy (1655‒1710), marszałka wielkiego koronnego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego i podskarbiego koronnego Hieronima Augustyna Lubomirskiego; deliberowano nad sprawami, jakie król ma poruszyć podczas audiencji posła chana tatarskiego, biorąc pod uwagę plany monarchy związane z wyprawą na Mołdawię.
Większość z tych spotkań odbywała się w pokojach prywatnych monarchy bez udziału osób trzecich czy służby dworskiej, stąd zyskały one miano: sekretnych i potajemnych konferencji. Równie dyskretnie starano się przyjmować obcych dyplomatów. Mistrzynią owych rozmów była królowa Maria Kazimiera d’Arquien Sobieska, która próbowała w każdy możliwy sposób angażować się w życiu polityczne. W 1684 roku królowa przyjmowała chorążego wielkiego litewskiego i starostę upickiego Krzysztofa Kazimierza Białłozora (zm. 1699), co wczoraj wieczorem tu [w Krakowie – przyp. J.P.] stanąwszy miał w noc dużą audiencję na godzien półtora bez świadków, sam na sam, że nikt tam nie był obecny. Kilkakrotnie w 1693 i 1694 roku monarchini przyjmowała w swych pokojach na Zamku Królewskim w Warszawie posła francuskiego, opata Bonportu Melchiora de Polignac (1661‒1742), z którym układała plan sojuszu mającego związać Rzeczpospolitą z Francją, Danią i Szwecją interesami gospodarczymi i politycznymi oraz program elekcji jej syna po śmierci Jana III. W okresie od 1694 do 1696 roku królowa spotykała się na tajnych naradach z kardynałem Radziejowskim i nuncjuszem Andrzejem Santacroce (1655‒1702), dążąc do pogodzenia biskupa wileńskiego Kazimierza Konstantego Brzostowskiego z ekskomunikowanym hetmanem wielkim litewskim i wojewodą wileńskim Kazimierzem Janem Sapiehą.
Prywatne spotkania nieraz jednak zastępowano publicznymi audiencjami. Przyjmowanie obcych posłów zostanie omówione dalej, z racji osobnych reguł i ceremoniału, jaki nadawano misjom wysłanników zagranicznych monarchów.
W trakcie dnia gośćmi króla stawali się zazwyczaj krajowi wielmoże pełniący funkcje legatów wysłanych przez wojsko, trybunały czy sejmiki. W dniu 8 listopada 1693 roku król przyjmował Kazimierza Dłużewskiego, posła ziemi chełmskiej, który w imieniu koła szlacheckiego nalegał, by król ukrócił rozboje wojsk litewskich na granicy z Rusią Czerwoną. Przyjmowani pod koniec tegoż miesiąca podsędek kaliski Jan Karol Marchocki oraz kasztelan połaniecki Mikołaj Pękosławski prosili majestat o rozstrzygnięcie sprawy legalności ich wyboru przez sejmik sandomierski, który został zerwany głosami szlachty nastawionej opozycyjnie wobec monarchy. W podobnej sprawie na dworze pojawił się wojski grodzieński Stanisław Rakiewicz w towarzystwie cześnika wiłkomirskiego Karola Towiańskiego, występując z supliką przeciw posłom litewskim, wybranym bezprawnie na sejmikach i proszącym króla, aby ich miał w swojej protekcji i nie dawał im upadać w wolności, która cale ginie na sejmikach per potentiam et opressionem panów możniejszych.
Zorganizowanie publicznej audiencji nie było, jak się wydaje, rzeczą łatwą. Świadczy o tym choćby przykład posłów litewskich – Tyszkiewicza i Wołłowicza, którzy przybyli do Warszawy w początkach stycznia 1694 roku. Najpierw starali się oni wyprosić o posłuchanie za pośrednictwem wojewody ruskiego Marka Matczyńskiego. Musiało jednak minąć dziewięć dni (od 9 do 18 stycznia), nim otrzymali zgodę na widzenie majestatu w towarzystwie królowej oraz kilkorga dygnitarzy. Dodajmy jednak, że w przeddzień doszło do sporu, którego zasadniczy punkt ogniskował się wokół pytania: czy posłowie mają być przyjęci publicznie, czy też prywatnie? Bywały jednak okazje, kiedy to król wysłuchiwał delegacji z kilku województw. W końcu maja 1693 roku na porannej audiencji monarcha przyjął posłów z województw: wileńskiego, ruskiego i rawskiego. Innym razem (27 listopada 1693) posłowie z województwa brzesko-litewskiego – chorąży brzeski Dominik Szujski oraz skarbnik brzeski Karol Januszkiewicz zmuszeni byli opuścić dwór, gdyż król odmówił im audiencji. Jak widać, również ta sfera obyczajowości nie podlegała ścisłym regulacjom, ale zależna była od stopnia skomplikowania sprawy, obowiązków monarchy, jego samopoczucia oraz dyspozycji, jakie wydał na dany dzień.
Jedyną osobą skłonną zakłócić przebieg audiencji była królowa. W 1678 roku w trakcie audiencji, jakiej król udzielał kasztelanowi nowogródzkiemu Mikołajowi Władysławowi Przezdzieckiemu (1620‒1683) w Jaworowie, niespodziewanie do komnat monarchy wtargnęła Maria Kazimiera, aby nam to posłuchanie zepsuła. Tedy dopóty kołatała królowa do drzwi, aż musiał król kazać odemknąć. Monarchini – wedle relacji kasztelana – wzięła króla za rękę i odprowadziła na bok, z wielkim impetem po francusko coś expostulując. Całe to zamieszanie związane było z misją kasztelana, który jako poseł wileńskiej komicji skarbowo-wojskowej i Sapiehów dążył do upublicznienia malwersacji dokonanych przez hetmana wielkiego litewskiego i wojewodę wileńskiego Michała Kazimierza Paca (ok. 1624‒1682), przeciwnika polityki króla. Królowa na prośbę wojewodziny kijowskiej Anny z Potockich Stanisławskiej miała skłonić Jana III, by nie dawał wiary pomówieniom Sapiehów.
Audiencje, podczas których król lub jego małżonka wysłuchiwali interesantów, stawały się w szczególności dla magnatów idealnymi chwilami do pozyskania opróżnionych urzędów. Przypomnijmy, iż w warunkach polskiego ustroju król był dawcą wszelkich łask i nadań. Monarcha odpowiedzialny był za rozdział urzędów i dygnitarstw, dzięki którym mógł budować własne stronnictwo, gotowe forsować jego plany na forum izby poselskiej i senatu. Dwór monarszy był wobec tego ośrodkiem władzy, wewnątrz którego inicjowano awanse poszczególnych osób, uwzględniając ich dalszą przydatności i miejsce w planach króla.
Na szczególną uwagę zasługuje spotkanie króla z braćmi Załuskimi, którzy dziękowali panu wszyscy pięć rodzeni bracia, którzy jednego dnia zjechali. Rzecz dotyczyła przekazania, na prośbę opływającego w łaski i cieszącego się poparciem króla biskupa płockiego Andrzeja Chryzostoma Załuskiego, kasztelanii rawskiej jego bratu Hieronimowi (1657‒1714) oraz starostwa brzesko-kujawskiego trzeciemu z braci – Aleksandrowi Józefowi (1652‒1727). W tym wydarzeniu brało udział także pozostałe rodzeństwo Załuskich – biskup przemyski i kanclerz dworu królowej Ludwik Bartłomiej (1661‒1721), kasztelan wojnicki Franciszek Jan (1660‒1735), późniejszy wojewoda płocki (1719‒35) oraz biskup pomocniczy płocki Marcin. Do podobnie tłumnej wizyty doszło 20 października 1693 roku, kiedy na pokojach królewskich stawili się: chorąży nadworny koronny Jan Franciszek Stadnicki (1656‒1713), proszący o urząd wojewody wołyńskiego, chorąży sanocki Konstanty Wapowski, pragnący objąć starostwo dębowskie, oraz starosta sanocki Józef Wandalin Mniszech (1670‒1747), konkurujący o wspomniane starostwo.
Czasami konsens nominacyjny wymagał wielu zabiegów i mniej bezpośredniego podejścia, stąd goście przybywający na królewski dwór musieli się liczyć z tym, że spędzą na nim dłuższy czas i poświęcą niemało pieniędzy. Dobrze pokazuje to przykład Wacława Szczuki, który w marcu 1694 roku przybył na warszawski zamek z listami od prymasa Radziejowskiego, polecającymi go na województwo malborskie, opróżnione po śmierci Ernesta Denhoffa (1630‒1693). O urząd ten podjął też rywalizację Władysław Łoś (zm. 1694), który cieszył się poparciem królowej. Ostatecznie Szczuka przegrał wyścig o krzesło senatorskie. Jako nagrodę pocieszenia otrzymał podskarbstwo pruskie i starostwo brodnickie, wchodzące w skład dóbr stołowych królowej.
Dobrze urodzeni przyjeżdżali na dwór nie tylko w celu wyproszenia łaski, ale także po to, by móc się zaprezentować i wstąpić na służbę dworską, stanowiącą obok edukacji akademickiej i tury kawalerskiej ważny etap kształcenia i przepustkę do dalszej kariery. W ten sposób stawali się niejako gośćmi z wyboru, przewidując swój dłuższy i trwalszy związek z dworem. Taki charakter miało pojawienie się kasztelanica wojnickiego Stanisława Szembeka (1650‒1721), który po podróży wzdłuż Europy Zachodniej wraz z Aleksandrem Cetnerem (zm. 1707) postanowił zabiegać o przyjęcie na dwór. W początku czerwca 1694 roku z identycznym zamiarem pojawił się starosta bohusławski Stanisław Karol Jabłonowski (zm. 1702).
Zaprezentowanie się młodego Jabłonowskiego na dworze złączone było z dodatkową intencją zaproszenia króla na chrzciny kuzyna – Stanisława Wincentego do Lwowa. Monarcha przyjął zaproszenie, pełniąc rolę ojca chrzestnego. Król liczył się zarówno z przyjaźnią, jaka łączyła go z rodem Jabłonowskich, jak i tym, że matką nowo narodzonego była Joanna Maria de Béthune, siostrzenica Marii Kazimiery. W tej sytuacji odmowa mogłaby być poczytana za afront. Dla rodu Jabłonowskich udział króla stał się powodem do dumy, a w dłuższej perspektywie dawał możliwość przypominania o niezwykłym splendorze. Zaproszenia wystosowywane przez wielmożów nie zawsze obligowały monarchę i jego rodzinę do uczestnictwa. Goszczący w 1693 roku na dworze starosta grabowiecki Aleksander Michał Łaszcz (zm. 1710) prosił monarchę o przybycie na pogrzeb żony, Katarzyny z Dubrowickich, rok później Piotr Aleksander Czapski (po 1660‒1717) zapraszał króla z rodziną na swój ślub z Konstancją Kosówną. W jednym i w drugim przypadku król odmówił, wymawiając się koniecznością załatwienia ważniejszych spraw.
Obowiązki monarsze i czas poświęcony sprawom państwowym Jan III starał się równoważyć, poświęcając resztę dnia na rekreację, w której udział brała jego rodzina oraz zaproszeni goście. Niewątpliwie do najważniejszych rozrywek króla należało łowiectwo, które w dawnych czasach stanowiło, poza relaksem, formę sportu i zastępowało ćwiczenia fizyczne. Jan III – wzorem swoich królewskich poprzedników, m.in. Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego – organizował łowy głównie w swych posiadłościach ruskich, m.in. w Jaworowie, Pomorzanach, okolicach Daszawy, Rawy Ruskiej, Potylicz, Dzieduszyc, Międzyrzecza, Żółtaniec i Dziedziłowa. Zdarzało się jednak, że myśliwi, którym przewodniczył monarcha, zapuszczali się w dzikie ostępy puszczy kampinoskiej, pod Nieporęt lub na zalesione tereny podstołecznej rezydencji króla na Marymoncie. W tej ostatniej z wymienionych lokalizacji król polował rzadko, ostatnim razem w towarzystwie Lubomirskich: Hieronima Augustyna oraz marszałka nadwornego koronnego Józefa Karola w 1693 roku.
Liczne opisy polowań pozwalają na zidentyfikowanie grona gości, którzy brali udział w polowaniach. W 1681 roku na wielkim polowaniu zorganizowanym niedaleko Stryja w Daszewie stawili się m.in. ambasador francuski markiz de Vitry, brat królowej Anna Ludwik hrabia Maligny (zm. 1703) oraz Marek Matczyński (wówczas jeszcze koniuszy koronny), a także starosta przemyski Marcin Kątski. Innym razem na łowy przybyli rezydent cesarski Jan Krzysztof hrabia Zierowski oraz kasztelan krakowski Dymitr Jerzy ks. Wiśniowiecki (1631‒1682). Wspomnieniem owej wyprawy stał się pełen humoru, ale nie pozbawiony grozy opis: Nagrodził-ci nam nieźle dzień dzisiejszy wczorajszą pustą knieją bośmy zastali prawie, ile drzew, tyle niedźwiedzi i dzików. Wymyślić, nie tylko wypowiedzieć jest rzeczą niepodobną, takiej uciechy [--] a co największa żeby ta była jeszcze bez szkody uciecha, gdyby nie PP. Francuzowie, którzy z fuzji szrótami i z pistoletów zabili mnie harta i Panu Koniuszemu [Markowi Matczyńskiemu – przyp. J.P.] brytana co od P. Koniecpolskiego szkodliwie postrzelili. Jednemu też janczarowi niedźwiedź głowę obdarł. Ostatni niedźwiedź był un monstre de la nature w niewidanej wielkości. Jużeśmy też do tego strzelać musieli i ledwośmy, mu radę dali [--] Jutro jeszcze więcej kniei z rana spróbujemy szczęścia a na noc do WMci serca mego.
Osobą najbardziej obawiającą się o zdrowie męża i wynik polowań była ukochana żona króla – Maria Kazimiera. Jan w pełni zdawał sobie sprawę, że zazdrosna żona, próbując zmusić monarchę do zaprzestania łowów i do powrotu do stolicy lub innej rezydencji, w której przebywała, nasyłała mu nieproszonych gości. W 1682 roku do Żółkwi przybył podkanclerzy litewski Dominik Mikołaj Radziwiłł (1643‒1697), przed którego obecnością król nieudanie próbował salwować się ucieczką. Monarcha po skończonej audiencji zaprowadził swego gościa do komnaty, w której poza wybornym jadłem uszykowane były równie wyborne alkohole. Upoiwszy dygnitarza, Jan III próbował czmychnąć za miasto, jednak pijany podkanclerzy popędził za królem: on też lubo ledwo na koniu osiedzieć się mógł, tuż też za nami popędził. Miasto tedy tego, cobym się miał cieszyć i szczwać, tom tylko uciekał od krzaka do krzaku przed nim. Bo byłem tylko stanął na moment, to zaraz… audiencja! Mówiłem po kilkakroć, żem teraz dał psom gończym audyencyą: nic to nie pomagało. Na ostatek przecie, dawszy pokój i myślistwu, skryłem się, że mnie już nie znalazł. Miejsce postoju króla zostało jednak zdradzone przez Marka Matczyńskiego i Radziwiłł znów napierał na króla z prośbą o udzielenie posłuchania oraz prosił o powrót na zamek. Monarcha ostatecznie dał za wygraną i zakończył łowy, tak podsumowując całą tę sytuację: To moja taka niewola i taki mój wczasik.
Królewskie łowy służyły nie tylko rekreacji czy poprawieniu monarszej kondycji, lecz wpływały korzystnie na aprowizację dworu. Upolowana dziczyzna wędrowała do kuchni, a w końcu na stół królewski. Uczty na dworze królewskim gromadziły, jak się okazuje, nie tylko wysoko urodzonych, ale również średniozamożnych szlachciców i przedstawicieli obcych narodowości. Jednego razu monarcha zaprosił do ucztowania nawet Tatara, który wzięty w niewolę przez kasztelana krakowskiego Jabłonowskiego zadeklarował chęć przejścia na chrześcijaństwo, a król prosił, aby mu dano ze stołu pańskiego co zjeść; kazał król jm. dać mu pieczeń wołową, którą jak wilk głodny odebraną zaraz przed pańskim obliczem żarł, aż mu za drzwi kazano. Bardzo się król jm. ucieszył tego poganina rezolucją.
Cechą charakterystyczną dworu króla Jana III była jego otwartość niemal dla każdego. Król nie budował dystansu w relacjach z poddanymi, raczej starał się odgrywać rolę ojca, który udziela dobrych rad i wspomaga potrzebujących. Taki wizerunek Jana III, niepozbawiony aury szacunku i dostojności, pokazują najlepiej sceny z uczt. Poza królową i królewiczami, którzy spożywali niekiedy posiłek osobno, np. w klasztorze sakramentek, w innym pomieszczeniu zamku królewskiego czy w rezydencji wilanowskiej, do najczęstszych gości Jana III zaliczali się jego współpracownicy polityczni: Marek Matczyński, Atanazy Miączyński, Marcin Oborski, kasztelan wileński Józef Bogusław Słuszka (1652‒1701) czy kasztelan krakowski Stanisława Jabłonowski (1634‒1702). W zależności od panujących na dworze warunków każdy z nich zasiadał przy jednym stole z władcą lub przynoszono mu osobne nakrycie. Jedynie w wypadku pogorszenia zdrowia króla miejscem wspólnych posiłków była sypialnia królewska lub łazienka. W grudniu 1694 roku wokół monarszego łoża ucztowali oprócz króla: jego żona, biskup chełmski Stanisław Jacek Święcicki (1620‒1696), Stanisław Jabłonowski i poseł francuski Polignac.
Obiady oraz collatye, czyli posiłki wieczorne, często służyły za wstęp do podjęcia poważnych rozmów, np. w sprawach wojskowych, politycznych, niekiedy finansowych. Zaproszenie do stołu było zatem objawem zaufania i równało się gotowości do podjęcia rozmów o niełatwych nieraz kwestiach. Oczywiście przy stole dominowały nie tylko poważne tematy i takież nastroje. Posiłek miał być chwilą wytchnienia i zabawy. Jedzeniu i gwarowi rozmów zazwyczaj wtórowały wdzięczne dźwięki harfy i lutni. Na dworze przebywali zresztą Włosi i Francuzi należący do trup teatralnych, często zabawiający rodzinę królewską swym śpiewem. Rozweselony monarcha w przypływie radości wiele razy wznosił toasty. Sarnecki opisuje jedną z takich chwil: Król jm. obiad z królową jm. jadł, przy którym był wesołym, piwa czarnego z wielkim gustem i apetytem za zdrowie księżnej jm. dobrodziejki [Katarzyny z Sobieskich Radziwiłłowej] dwie szklanki wypił, do dzieci swoich te formalia mówiąc: «ej, podpijmy sobie za zdrowie księżniczkiej [Teofili z Ostrogskich-Zasławskich ks. Lubomirskiej, swej siostrzenicy – przyp. J.P]».
Poza toastami, które były nieodłącznym elementem posiłku i wyrazem dobrych manier, przy stole rozmawiano o rzeczach miłych i przyjemnych. Król, wielki admirator nauk, z chęcią przysłuchiwał się opowieściom o zdobyczach nauki i kuriozach natury. Podczas jednego z takich spotkań, kiedy w łazience jadł obiad król jm. z królową jm. i królewną jm, ks. Wolff [wł. Fryderyk baron von Lüdingshausen Wolff – przyp. J.P.] jezuita przyniósł dziecię w banijej szklanej symboliczne na kształt żywej owej głowy, którą Tomasz zepsował, podobne bardzo do żywego, jakoby z piersi macierzyńskiej było wyjęte; miał to zrobić z nauki M. Alberti [wł. Tomasso Alberti – rezydent wenecki w Polsce od 1684 roku – przyp. J.P.]. Osobnym razem ksiądz Maurycy Karol Vota podczas obiadu prezentował królowi przywiezione ze sobą z Neapolu ryciny, plany architektoniczne, pejzaże miejskie, portrety, a potem: zabawiał króla jm. różnymi o rzymskim państwie dyskursami i relacyjami. Na monarsze ogromne wrażenie zrobił także kawaler de Oxenstierna, syn Bernarda – szwedzkiego gubernatora Warszawy z czasów potopu. Doskonale wychowany, łatwy w obejściu szybko zjednał sobie króla, który po wielekroć zapraszał go do swego stołu. Tylko nieliczni, jak Kazimierz Sarnecki, wiedzieli, że ów kawaler był tajnym emisariuszem cesarza, który wiózł ze sobą jakieś sekretne informacje, których nikt dociec nie może. Król – co ważne – nie tylko wysłuchiwał podczas obiadu opowieści swych gości, ale sam wdawał się w zażarte dyskusje, m.in. na tematy z zakresu nauk teologicznych: rzucając [ks. Vocie i posłowi francuskiemu Polignacowi – przyp. J.P.] obiema trudne do solwowania kwestie.
Nadmiar spożywanego alkoholu po wielokroć zakłócał serdeczną atmosferę ucztowania. Podczas jednego z obiadów przebywający w Wilanowie w gościnie u króla jurysta trybunalski pan Wierzbicki insynuował, jakoby kapucyni, sprowadzeni przez Jana III do Warszawy, słuchają głośnej muzyki i tańczą. Król, zasłyszawszy te słowa, tak mocno się rozsierdził, że srogo skarcił swego gościa, który naruszył zasady grzeczności i nie uszanował osoby gospodarza. O wiele większe oburzenie wzniecił jednak czyn starosty krasnostawskiego Michała Potockiego (1660‒1749), który upiwszy się, zaprezentował damom bawiącym się w komnatach królowej swoje przyrodzenie: czynił takie akcyje, kiedy wziąwszy naturalia ad manus nie tylko mężatkom, ale i pannom one prezentował ad ocula i o stół nimi kilka razy uderzył, do jmp. panny podkomorzyny koronnej [Ludwiki Marii z Morsztynów Bielińskiej – przyp. J.P.] przyszedłszy tak się z nią mocował, że na palcu jej obrączki połomał, drugie ledwie od niego pouciekały. Czyn ten – podobnie zresztą jak pojedynek, który wywiązał się w wyniku znieważenia na pokojach królowej w styczniu 1695 pomiędzy kasztelanicem łęczyckim Krzysztofem Towiańskim a Ponińskimi – równał się obrazie majestatu i zagrożony był karą gardła.
Jak widać z przytoczonych tu przykładów, ceremoniał podczas spożywania posiłku praktycznie nie istniał. W Rzeczypospolitej każdy przebywający na dworze szlachcic mógł ujrzeć ucztującego monarchę. Przypomnijmy, że inaczej rzecz ta przedstawiała się choćby we Francji czy Hiszpanii, gdzie każdą z czynności rządziła etykieta i przepisane czynności. W monarchiach absolutnych tylko wybrani – niekiedy tylko członkowie rodziny królewskiej – mogli ujrzeć króla jedzącego i pijącego. Zaproszenie do obejrzenia tego niezwykłego spektaklu władzy otrzymywali także nieliczni, co później w swych relacjach poczytywali sobie za wysokie wyróżnienie i oznakę łaski.
Próby przeszczepienia pewnych form ceremoniału francuskiego na dwór polski, głównie za sprawą królowych Francuzek, tj. Ludwiki Marii Gonzagi de Nevers (1611‒1667) oraz Marii Kazimiery d’Arquien Sobieskiej, zakończyły się fiaskiem. Brak skodyfikowanych zasad i nieskrępowany styl życia na dworze Jana III był przyczyną serii niewybaczalnych faux-pas.
W latach 1690‒1692 doszło do nieporozumienia między siostrą króla − Katarzyną z Sobieskich Radziwiłłową a siostrami królowej − ambasadorową francuską Marią Ludwiką d’Arquien de Béthune (ok. 1638‒1728) i kanclerzyną koronną Marią Anną d’Arquien Wielopolską (1646‒1733). Przedmiotem sporu stało się pierwszeństwo zasiadania podczas uczt w obecności króla. Jan III żądał, by księżnie Radziwiłłowej oddano miejsce po prawicy królewskiej, w sąsiedztwie baldachimu, co spotkało się ze stanowczym protestem królowej. Kłótnia, do jakiej doszło podczas biesiady w Warszawie z okazji przybycia nowego nuncjusza apostolskiego Andrzeja Santacroce, nie była wszak jedyną. Do gorszącej wręcz sceny doszło podczas wesela królewicza Jakuba Ludwika z Jadwigą Elżbietą Pfalz-Neuburg w 1691 roku. Podczas wjazdu do stolicy wspomniane panie usadzono w jednej karecie tak, by zapobiec swarom. Zapomniano jednak o właściwym rozdzieleniu miejsc podczas uczty weselnej. Królowa odmówiła wówczas przyznania Katarzynie z Sobieskich miejsca tuż przy młodej parze. Na takie dictum zaprotestowała ostro kasztelanowa wileńska Teresa Słuszczyna, biorąc stronę siostry króla i sprzeciwiając się pierwszeństwu krewnych Marii Kazimiery. Podczas tego spotkania nie skończyło się na wzajemnym wygrażaniu. Urażone takim potraktowaniem strony konfliktu ostentacyjnie opuściły ucztę. Tak samo postąpili nuncjusz papieski i ojciec królowej Henryk markiz d’Arquien de la Grange (1613‒1707), również rywalizujący o precedencję podczas uczty. Walka o pierwszeństwo była powodem niejednej zresztą zwady czy kłótni. Gubiący się w meandrach protokołu polscy magnaci często oburzali się z powodu złego potraktowania. W lipcu 1693 roku, w oczekiwaniu na audiencję na pokojach królowej, o prawo do zasiadania na stołku w antykamerze (tj. przedsionku lub sali recepcyjnej) starła się wojewodzina kijowska Anna z Potockich Stanisławska z podskarbiną litewską Izabelą z Tarłów Sapieżyną, którą spychała [---] żeby na nim nie siedziała.
Czas bezpośrednio po uczcie król przeznaczał na drzemkę w swoim fotelu bądź na krótkie przejażdżki w gronie krewnych oraz wybranych towarzyszy, m.in. biskupa płockiego Andrzeja Chryzostoma Załuskiego i Katarzyny z Sobieskich ks. Radziwiłłowej. Rodzina królewska wybierała się na Marymont, Stawki, Służewiec, Siekierki i na Solec do Lubomirskich ‒ w XVII wieku siedziby te były typowymi pałacykami myśliwskimi, wyposażonymi w pawilony zewnętrzne dla gości. Następnym kierunkiem podróży był Marywil (okolice dzisiejszego Placu Teatralnego w Warszawie), który wedle zamierzeń miał łączyć funkcje rezydencji, ogrodu oraz centrum handlowego i pielgrzymkowego wraz z kościołem pw. Matki Boskiej Zwycięskiej. Oprócz tych miejsc król często udawał się na Bielany. Pewnego razu zebrała się tam niemal cała rodzina królewska, z wyjątkiem królewicza Jakuba, oraz dostojnicy, m.in. Marek Matczyński, marszałkowa wielka koronna Elżbieta z Denhoffów Lubomirska, kanclerzyna wielka litewska Anna z Lubomirskich Radziwiłłowa, a także damy z fraucymeru królowej. Król, nie bacząc na świętość miejsca i regułę nakazującą zakonnikom życie w klauzurze, wydał olśniewającą ucztę: Gdzie się tylko kto mógł pomieścić siedział u stołu. Wina dostatkiem król jm. kazał dawać.
Alternatywną formą spędzania wolnego czasu były spacery po ogrodach – wilanowskim i kazimierzowskim. Wierną towarzyszką przechadzek króla i rozmów z nim była jego siostra Katarzyna. Jan i Katarzyna, nie chcąc mieć za świadków swych rozmów np. Marii Kazimiery lub biskupa poznańskiego Witwickiego, uciekali sekretnymi drzwiami prowadzącymi do ogrodu. Księżna jm. dobrodziejka w pół obiadu przyjechała z wielkim ukontentowaniem króla jm. Po obiedzie zaraz król jm. wziął z sobą księżnę jm. do ogrodu i tam się przechadzając cieszył. Miłość do natury i zwierząt przełożyła się na tworzenie przez króla planów ogrodów, instruowanie ogrodników względem odmian roślin w nich sadzonych i doglądanie zbiorów. Jan III posiadał także w swych rezydencjach (w Żółkwi i Jaworowie) zwierzyńce, w których żyły egzotyczne odmiany małp, papug, kanarków, salamander i kazuary: szerść na nim miasto piór świnia, skrzydła ma, ale maleńkie i nie lata, tylko rączo biega; głowa na kształt indyka, wielkości najmniej na cztery indyki.
Dzień na dworze Jana III Sobieskiego kończył się hucznymi zabawami, pod warunkiem jednak, że król czuł się zdrowy. Towarzystwo, które zbierało się w Warszawie, Wilanowie, Jaworowie czy Żółkwi, spędzało czas na grze w szachy lub karty (a grano wyłącznie na pieniądze, najczęściej w pikietę albo bassetę). W tych zabawach celowała królowa, a uczestniczyli w nich: jej ojciec, królewicze Jakub, Aleksander i Konstanty, wojewoda ruski Matczyński, ojciec Vota, poseł francuski Polignac, rezydent wenecki Girolamo Alberti, cesarski Jerzy Schiemunsky oraz brandenburski Gotfryd Werner. Król o wiele bardziej cenił sobie własny spokój, stąd najczęściej kontentował się słuchaniem pieśni, np. „Warny” i innych dumek kresowych wygrywanych przez bandurzystów: Wesołowskiego, Doryski, Necaja i nieznanego z imienia Wołoszyna. Czasami kapelę rusińską zastępowały instrumenty mechaniczne, m.in. pozytyw podarowany królowi przez ojca Votę, który tylko kręcić trzeba na kształt kołowrotu, nastrojone intus pieśni gra, tak jakoby przebierano po nim. Zdarzały się jednak dni, kiedy król wolał, by czytano mu korespondencję lub książki francuskie, przy czym zawsze takie wieczory kończyły się zaśnięciem monarchy w fotelu. Wyjątkowo – co zresztą tylko raz notuje Sarnecki – monarcha aż do godziny jedenastej w nocy zabawiał się z dziećmi, chcąc cieszyć się ich obecnością jak najdłużej.
Pomimo upływu lat monarcha za najwspanialszą towarzyszkę przeżytych wspólnie dni uważał swoją małżonkę. Królowa Maria Kazimiera wiele razy zostawała z Janem na wieczór w komnatach, co, jak zanotowano: po obiedzie nie mając się z kim królestwo ichm. bawić sami z sobą w gabinecie królowej jejm. cieszyli się. Królowa, w pewnym odróżnieniu od swego męża, lubiła spędzać wieczory aktywnie. Nieraz w towarzystwie dam, np. wojewodziny bełskiej Elżbiety z Lubomirskich Sieniawskiej (1669/1670–1726), wybierała się na krótkie przechadzki na pagórki okalające żółkiewską rezydencję, czytała listy lub konferowała z posłem francuskim.
Nieodłącznym elementem gier, konwersacji i muzyki był taniec. Zabawy taneczne trwały aż do północy lub do godziny pierwszej w nocy, przy czym niemal zawsze towarzyszyły im hałasy i pokrzykiwania, co wywoływało rozdrażnienie schorowanego monarchy. Jedynie w chwilach remisji choroby król przypatrywał się zabawom i komentował ruchy poszczególnych osób. Bywało, że do zabawy przyłączała się Maria Kazimiera. Do najaktywniejszych należały bez wątpienia dzieci królewskie, a wśród nich królewna Teresa Kunegunda, która wprowadziła w „obyczaje taneczne” posła bawarskiego barona Marxa Christopha Meyera, przybyłego w 1693 roku z misją zeswatania jej z elektorem bawarskim.
Kulminacja zabaw i harców zazwyczaj następowała w karnawale. Wymyślano wówczas tańce, podczas których łączono się w pary jednej płci, i tak królewicz Aleksander tańczył ze starostą szydłowskim Stefanem Przerębskim, kasztelanic wojnicki Stanisław Szembek z hrabią Ludwikiem de Maligny, kasztelanic przemyski Stadnicki z Janem Sobieskim cześnikiem koronnym, a królewna Teresa Kunegunda z podkoniuszanką litewską Teresą Gołuchowską. Zabawa polegała na tym, że wybrane osoby z pary przebierały się w stroje nadesłane przez królewicza Jakuba z zagranicy i udawały płeć przeciwną.
Maskarady, gry loteryjne oraz przedstawienia teatralne organizowano nie tylko na dworze warszawskim. W latach 80. XVII wieku maskarady odbywały się także w Żółkwi, a odpowiedzialny za ich organizację był poseł francuski François Gaston de Béthune (1638‒1692): Jego dom [markiza de Béthune – przyp. J.P.] był miejscem zbierania się osób należących do dworu a tym samem zabawy, która według zwyczaju polskiego należała na ucztach i pogadance w czym ten Pan bardzo się odznaczył [--] Była jednak porą maszkara w czasie karnawału. Królowa nabrała gustu do tego rodzaju rozrywek i mając kilka pań ulubionych, co wieczór prawie wyprawiała podobną, w czym rezydent wenecki [Angelo Morosini – przyp. J.P.] umiał się szczególnie przypodobać, przez swoją zręczność w wymyślaniu i uskutecznianiu różnych dowcipnych przebierań. [--] Zabawy były bardzo ożywione bo wszystko co jest nowe niezmierzenie się podoba królowej polskiej. Z kolei w sezonie 1695 roku dwa ubawy z udziałem masek urządził jego następca Melchior de Polignac na Marywilu, podczas których: Jmp. marszałkowa w. kor. [Elżbieta z Denhoffów Lubomirska – przyp. J.P.] za babę sprośną była ubrana, że jej nikt nie uznał dnia onegdajszego u jmp. posła, aż na samym wychodzie ją poznano.
Jednakże maskarady nie należały wyłącznie do specyfiki karnawału. W XVII-wiecznej Rzeczypospolitej organizowano je przy każdej nadarzającej się ważniejszej okazji, a to pod wpływem przenikania wzorców francuskich. Przemawia za tym relacja francuskiego poety i komediopisarza Jeana-Fraçoisa Regnarda (1655‒1709), który po podróży przez Rzeszę, Danię i Szwecję dotarł w 1680 roku na dwór Jana III Sobieskiego. Pisarz zwrócił uwagę, iż w dniu imienin siostry króla Katarzyny ks. Radziwiłłowej, po zwyczajowym przekazaniu życzeń i prezentów, rozpoczęła się zabawa taneczna z maskami: Tańczyli widać polskiego bo dziwiłem się widząc jakieś pląsy nieskończone; od początku aż do chwili kiedy wszyscy przestają, wszyscy tańczyli bezustannie i kawaler i panna jakiś taniec ruski.
…i od święta
Adaptacja ceremoniału francuskiego przez polski dwór monarszy następowała bardzo powoli i ostrożnie. Jan III, doskonale znający ojczystą historię, bał się być posądzonym o wprowadzenie rządów absolutnych, choć i za czasów jego panowania niejeden magnat zgłaszał podobne uwagi. Nie wszystkie jednak sytuacje mogły być traktowane w sposób familiarny i z pewną dozą dezynwoltury. Do kategorii wydarzeń, których przebieg należało otoczyć szczególną uwagą, zaliczyć należy przyjmowanie cudzoziemskich posłów i ambasadorów oraz uroczystości dworskie.
Przybycie każdorazowego przedstawiciela obcego dworu stanowiło ważną uroczystość przede wszystkim z racji statusu osoby akredytowanej przy polskim dworze lub poleconej do wypełnienia określonej misji politycznej. Państwa zachodnioeuropejskie – w przeciwieństwie do Rzeczypospolitej i krajów Europy Wschodniej – o wiele wcześniej wykształciły rozbudowany i sprawnie działający system służb dyplomatycznych. Poza tym w omawianym okresie Rzeczpospolita, głównie z racji swego położenia geopolitycznego, stanowiła ważny obszar krzyżowania się wpływów państw rywalizujących ze sobą, tj. papiestwa, Cesarstwa, Francji, Brandenburgii, Turcji, Moskwy i Chanatu Krymskiego. Oddziaływanie wymienionych państw na sprawy wewnętrzne kraju było tak duże, że należało równoważyć ich wpływy, co nie zawsze się udawało, ale też nie należało do łatwych zadań. Tym większą wagę przywiązywano do godnego przyjęcia obcych przedstawicieli dworów, by nie tylko dać dowód wysokich manier, ale przede wszystkim utrzymać poprawne stosunki z każdym z tych państw. Z racji długiego panowania Jana III nie jest właściwe wyszczególnianie personaliów dyplomatów goszczących na jego dworze monarszym. Ta lista byłaby niezwykle długa i nie zawsze wiarygodna, gdy wziąć pod uwagę, że posłowie moskiewscy czy tatarscy działali wyłącznie doraźnie. Warto natomiast przyjrzeć się, jak dawniej honorowano obecność reprezentantów obcych dworów.
Każdorazowy dyplomata przed wjazdem do miasta rezydencjonalnego – Warszawy – wysyłał do panującego wpierw swego sługę, by ten ustalił termin uroczystego wjazdu i audiencji. Przybyły w 1690 roku nowy nuncjusz apostolski Andrzej Santacroce przed przekroczeniem murów stołecznych wysłał do Jana III delegację złożoną z biskupów: poznańskiego – Witwickiego i kijowskiego (do 1692) – Andrzeja Chryzostoma Załuskiego i dopiero po uzyskanej zgodzie odprawił swój wjazd urzędowy z udziałem wielu prałatów i wojewodów sześciokonnymi pojazdami dla powiększenia swego orszaku. Na wysokości Pałacu Kazimierzowskiego (dziś nieistniejącego) kareta wioząca nuncjusza została powitana przez ustawione w równym szeregu zastępy milicji i straży królewskiej, które dzierżyły swe chorągwie, uderzały w bębny i kotły oraz salutowały gościowi. Po tym powitaniu na Zamku Królewskim odbyło się uroczyste posłuchanie przed monarchą siedzącym pod baldachimem, w otoczeniu rodziny i dostojników całego Królestwa. Po przekazaniu pozdrowień nuncjusz przyjmowany był kolejno przez królową, królewicza Jakuba, jego braci i siostrę. Podczas spotkania nie obyło się jednak bez protokolarnych pomyłek, takich jak trzymanie nakrycia na głowie czy witanie nuncjusza w przedpokojowym progu, co uważano za poważne uchybienie.
Zamek Królewski nie zawsze bywał miejscem przyjmowania posłów. Dla odmiany w lutym 1696 roku poseł moskiewski Kuźma Nikitycz Jefimow uzyskał posłuchanie w pałacu marywilskim. Orszak wiozący carskiego delegata składał się z sześciu tarantów zaprzężonych do karety otwierającej pochód, przed którą niesiono uroczyście pismo cesarza, tzw. gramotę. Poseł witany był dwukrotnie w podwórzu prowadzącym do klatki schodowej pałacu oraz w przedpokoju wiodącym przed oblicze króla. W sali audiencjonalnej poza monarchą polskim zgromadzili się senatorowie świeccy i duchowni, chcący słuchać relacji posła o wyprawie Piotra I na Krym i zdobyciu twierdzy Azow. Jan III wbrew ceremoniałowi przekazał pozdrowienia carowi, co powinien właściwie uczynić po odczytaniu gramoty i odebraniu pocałunku w rękę. Kolejnej pomyłki dopuścił się kanclerz wielki litewski Dominik Mikołaj Radziwiłł, przeinaczając kolejność tytułów cara, co oburzyło posła Jefimowa i zmąciło atmosferę spotkania.
Każda audiencja – w czasie pełnienia przez posła misji – przed królewskim majestatem była ustalana. W 1693 roku na dworze pojawił się poseł tatarski, przysłany przez chana Selima Gireja, którego traktowano ze wszystkim galanteryjami, którekolwiek się tam [w Wilanowie – przyp. J.P.] znajdują; był tedy Tatar wesół, tańcował i z drugimi Tatarami podpili sobie dobrze. Posłowi bawarskiemu baronowi Simeoniemu, negocjującemu w 1694 roku kontrakt małżeński elektora z córką Jana III Teresą Kunegundą, zostały oddane w pałacu żółkiewskim pokoje obite aksamitem wzorzystym w kwiaty zielone i czerwone, drugi szkarłatny, dwa stoły, dywany jedwabne, złotem i srebrem tkane, kotara kitajkowa mieniona z frendzlami srebrnymi, tapczan, na którym materace królewskie, kołdra haftowana, poduszki perskie – jednym słowem wszystko, by gość poczuł się wyróżniony i zaszczycony. Kilka dni później (20 maja 1693 roku), dla uczczenia spisania intercyzy, wyprawiono ucztę, która swoim przepychem w niczym nie ustępowała tej wyprawionej 11 czerwca 1675 roku na cześć posłów francuskich w Jaworowie z okazji podpisania traktatu sojuszniczego. Opis uczty pokazuje, że dwór w pełni zadbał nie tylko o podniebienia gości, lecz także o hierarchię zajmowanych miejsc, oddając pierwszeństwo królowi, jego rodzinie, posłowi bawarskiemu, a dopiero później dostojnikom i urzędnikom krajowym, na końcu zaś pozostałym rezydentom obcych państw.
Jednak nie każdy poseł cieszył się taką swobodą czy atencją. Jakub Colyer, reprezentujący Zjednoczone Prowincje Niderlandów, uskarżał się w 1694 roku, iż pod wartą, nigdzie mu wychodzić nie dopuszczają, nawet do niego nie pozwolili mu wyjeżdżać, tylko przez kartki o swojej biedzie donosił [--] że tak stricte trzymają, francuski zaś wszelką wolność ma i zupełną z wezyrem i chanem konfidecyję. Podobny afront spotkał posła cesarskiego Krzysztofa Wacława hr. Nositz-Rokitnitz, któremu podczas audiencji pożegnalnej dano jedynie odpowiedź z kancelarii królewskiej, że król popiera walkę z nieprzyjaciółmi krzyża. Król i królowa w tym czasie opuścili już bowiem Warszawę i udali się do Wilanowa. Poza względami dyplomatycznymi król był bardzo wyczulony na osobowość posłów. Cenił rozumnych, dobrze wychowanych i obeznanych w materii dyplomatów, jak np. niejakiego Bieniewskiego, posła księcia siedmiogrodzkiego, barzo grzecznego i w różnych cudzych bywałego człeka, a unikał dyletantów.
Każda misja dyplomatyczna wiązała się ze złożeniem publicznej audiencji i z wymianą darów. Poseł cesarski hrabia Wallenstein w 1684 roku z okazji przyjazdu do Jaworowa przekazał cztery konie bardzo cudne, różnej sierści, zaliż Królowej JM. różę diamentową, barzo wielką, szacunku od czterech tysięcy talarów bitych. Z kolei poseł tatarski w 1693 roku dziękował za wszystkie wygody, łaski i dobrodziejstwa, które tu przez ten czas obficie odbierał, za co monarcha polski podarował mu suknie bławatne oraz srebra. Wysłannik chana w drodze powrotnej dziękował także królowej, zdejmując czapkę przed jej karetą, nadjeżdżającą z przeciwnej strony, akomodując się naszemu zwyczajowi i polityce polskiej. Dary, jak widać, pełniły funkcje nie tylko ekonomiczną czy społeczną, ale traktowane były jako niezbędny składnik symboliczny danej misji dyplomatycznej. Podarunki przekazywane przez króla wyrażały z kolei podziękowanie za lojalność, dobrą służbę i podkreślały osobisty związek między panującym a obdarowywanym.
W czasie panowania Jana III dochodziło nie tylko do ważnych spotkań dyplomatycznych. Uroczystości z reguły miały oświetlać majestat króla i podkreślać chwałę całej jego rodziny. 30 listopada 1676 roku w Żółkwi odbył się obrzęd przekazania Janowi III insygniów orderu św. Ducha ze wspaniałym krzyżem i płaszczem, podarowanych mu przez króla francuskiego Ludwika XIV za pośrednictwem posła Françoisa de Béthune. Osiem lat później Żółkiew ponownie stała się widownią manifestacji przyjaźni politycznej króla, tym razem łączącej go z cesarstwem i papiestwem. Podczas ceremonii król z rąk nuncjusza Opicjusza Pallaviciniego (1632‒1700) otrzymał w darze od papieża poświęcony miecz i płaszcz (przyobiecane jeszcze w 1674 roku), stanowiące symboliczną formę podziękowania za dotychczasową walkę z nieprzyjaciółmi wiary – Turkami i Tatarami oraz jako akt oddawania od Stolicy Świętej [--] błogosławieństwa na przyszłą wojnę. Królowej Innocenty XI (1611‒1689) przekazał nadto złotą różę, będącą honorowym wyróżnieniem przysługującym wyłącznie osobom zasłużonym dla Kościoła. Celebrację połączoną z imieninami królewicza Jakuba (25 lipca 1684) zwieńczył bankiet, podczas którego król traktował solennie nie tylko wszystkich ich m. panów senatorów przytomnych, ale i posłów cudzoziemskich nacyji, przy wdzięcznej melodyjej kapelijej królewskiej i różnych muzyków wojskowych, to jest janczarskich, semeńskich i wołowskich.
Do kanonu uroczystości dworskich ściśle związanych z dworem królowej zaliczały się, organizowane na koszt pary królewskiej, śluby i wesela panien z fraucymeru monarchini. Ich tradycja sięgała czasów ostatnich Jagiellonów, a następnie była praktykowana przez monarchów z rodziny Wazów. Budowane przez Ludwikę Marię Gonzagę de Nevers stronnictwo prodworskie opierało się w swoich zasadniczych zrębach na mariażach dwórek królowej z krajowymi magnatami, których zaczęto określać mianem „królewskich zięciów”. Maria Kazimiera, która w 1658 roku została w ten sposób wydana za wojewodę sandomierskiego Jana Zamoyskiego, zwanego Sobiepanem (1627‒1665), świetnie orientowała się w meandrach polskiej polityki i doceniała wagę małżeństwa jako formy tworzenia ugrupowania skupionego wokół tronu. Damy tworzące fraucymer górny (córki rodów magnackich) oraz dolny (panny rekrutujące się głównie ze średniozamożnej szlachty) w imię respektu wobec swej chlebodawczyni były zmuszane do mariaży z kandydatami wskazanymi przez dwór.
Ceremonie ślubne poprzedzone były publiczną manifestacją, której w obecności pary królewskiej dokonywał nie zainteresowany, lecz jego specjalny wysłannik, który przybywał do rezydencji w towarzystwie dwustu lub trzystu szlachciców [sic!] z koroną z klejnotów otoczoną rozmarynem lub innymi kwiatami. Po wprowadzeniu do pokoju, w którym pod baldachimem zasiadała królowa, a w jej otoczeniu stał kanclerz dworu z przyrzeczoną panną, zanoszono prośbę w imieniu zalotnika o rękę damy. Wraz z nałożeniem wianka na głowę panny i przysłaniem jej drogich prezentów, w tym klejnotów i toalety, uznawano parę za narzeczeństwo i wyznaczano datę ślubu. W dzień ślubu kawaler przybywał z wielką ilością panów z pochodniami, bogato ubrany, błyszcząc aż po uprząż konia klejnotami. Kolejną fazą poprzedzającą obrządek ślubny było błogosławieństwo, jakie młodzi odbierali od królewskiego majestatu, po czym, jak starosta golubski Mikołaj Wiktoryn Grudziński (ok. 1640‒1704) i Lukrecja Katarzyna z Radziwiłłów w 1696 roku, z wielką asystencją do kościoła św. Jana na odebranie Boskiego ślubu pojechali. Zazwyczaj parze towarzyszyło kilkanaście karet. Po właściwej liturgii przychodził czas na mowy wygłaszane przez przedstawicieli rodów spokrewnionych z młodymi: jakimi to zanoszą się ze stoicyzmem dla szaleństwa dwudziestu oratorów, ogłupiających zebranych własnymi hymnami wierszem i prozą, co trwa całymi godzinami – odnotował Dalerac.
Resztę dnia wypełniała uczta, zazwyczaj przygotowywana w sali senatorskiej Zamku Królewskiego w Warszawie, z cukrami, toastami i tany, podczas których były maszkary królewicza Jakuba i fraucymeru górnego. Etykieta nakazywała, by taniec odbywał się na rozesłanych w sali czerwonych dywanach według określonego porządku. Bal zawsze rozpoczynał król, prowadząc królową, a potem pannę młodą. Następnie jej zabawianiem zajmowali się królewscy synowie. Pan młody pierwszy taniec oddawał królowej i dopiero potem młodzi mogli wspólnie zatańczyć. Zdarzało się jednak, iż w zastępstwie króla pannę młodą prowadziła królowa. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku wspomnianego już ślubu państwa Grudzińskich, których wesele trwało do północku i więcej nie tańcowali. Bez hałasu, bez szkody ten dzień aktu przy obfitych potrawach i cukrach odprawił się, przy racach i z dział strzelaniu, bębnach, kotłach i rozmaitych muzykach cum debitis solennitatibus. Taniec nie był jednak regułą. Na weselu starosty krzemienieckiego Kazimierza ks. Czartoryskiego (1674‒1741) z Izabelą Morsztynówną w 1693 roku tanów żadnych nie było według teraźniejszej mody, tylko na kolacyjej byli. Była to, jak widać, kwestia wyboru.
Tak zwane poprawiny, przypadające kolejnego dnia, zarezerwowane były na ucztę, a tę poprzedzało wręczenie prezentów młodej parze. Państwa młodych sadzano pod baldachimem królewskim, w towarzystwie kanclerza królowej, który donośnym głosem zapowiadał kolejnych gości, uszeregowanych zawczasu wedle godności. Po wymianie komplementów i życzeń osobny urzędnik spisywał podarunki, podając wartość każdego z nich. Mniej zamożne panny ‒ np. pani Teresa d’Arschot de la Riviére de Héer et de Houmont, dama dworu królewny Teresy Kunegundy, wydana w 1694 roku za kasztelana wojnickiego Franciszka Jana Załuskiego ‒ musiały ograniczyć się do wesela bez pysznych ceremonii. Jak zapisał Stanisław Małachowski, ta dama nie wniosła ze sobą żadnego posagu tylko noblitatem generis i wielkie cum princisibus externis colligatyie. Sytuacje takie należały jednak do wyjątkowych, śluby bowiem odprawiały się z przepychem i ostentacją przy wspaniałych obchodach, bogatych strojach i pompie kawalkad.
Ostatnią wielką ceremonią dworską przed śmiercią Jana III było wręczenie beretu kardynalskiego ojcu królowej ‒ markizowi Henrykowi d’Arquien, o który para monarsza zabiegała prawie dwadzieścia lat. Na początku stycznia 1696 roku w Warszawie zjawił się specjalny ablegat papieski. Do tego czasu markiz − znany wcześniej z dość rozwiązłego życia − zdążył się nieco ustatkować i przyjął niższe święcenia kapłańskie z rąk biskupa przemyskiego (w latach 1689‒1701) Jerzego Albrechta Denhoffa. Oficjalne spotkanie z delegatem odbyło się w Marywilu, tam na głowę nominata nałożono jarmułkę (piuskę), która że się na pewnie utrzymać nie mogła, szpilką oną przypięto, po czym złożono markizowi gratulacje. Założenie beretu, który w stosownym czasie przywiezie umyślny kawaler, stanowiło oddzielną formułę kreacji kardynalskiej.
Dodajmy, że począwszy od XIV wieku polskim monarchom przysługiwało prawo aprobaty kandydata do purpury kardynalskiej. W czasach Sobieskiego, a ściślej w 1686 roku, doszło do poważnego zgrzytu w tej sprawie. Jan III nie wyraził bowiem zgody na nadanie tej godności swemu krewnemu podkanclerzemu koronnemu i biskupowi warmińskiemu (z czasem arcybiskupowi gnieźnieńskiemu) Michałowi Stefanowi Radziejowskiemu. Duchowny, zaskoczony tą decyzją, okazał niesubordynację i samowolnie zorganizował ceremonię wręczenia biretu na zamku w rodzinnym Kryłowie, wykorzystując fakt pobytu króla w Żółkwi.
Do czasu oficjalnej kreacji markiz d’Arquien wkładał suknię kardynalską i płaszcz, a w jego pokoju nad krzesłem rozpinano baldachim, oznaczający przynależność do rodziny królewskiej ‒ tu w rozumieniu papieskiej. Dwa miesiące po tym wydarzeniu w kościele oo. kapucynów odbyła się uroczysta msza święta: z muzyką zwyczajną pańską przy kotłach, trąbach, którą miał pontificaliter jm. ks. poznański [Stefan Wierzbowski – przyp. J.P.], po której wygłoszono mowy i odczytano brewe papieskie. Następnie Jan III przyjął biret, uprzednio przyniesiony przed jego oblicze przez opata Coramboniego, i nałożył go na głowę kardynała d’Arquien. Ceremonię zakończyło odśpiewanie hymnu „Te Deum laudamus”, w obecności senatorów, wyższego duchowieństwa posłów zagranicznych i dam dworu, po czym wszyscy udali się do refektarza, gdzie wydano ucztę. Po zakończonym bankiecie orszak królewski złożony z dwóch karet wraz ze świeżo kreowanym kardynałem ruszył do Marywila. W czasie przejazdu grała muzyka gwardyjej w tarabany, sałamaje, trąby, kotły i bębny. Tamże we wszystkich oknach jarzące lane świece we dwóch kondygnacjach palili się [--] Z dział znowu bito.
Podsumowując ten krótki przegląd osób goszczących na dworze króla Jana III i uroczystości się na nim odbywających, w żadnym razie nie wyczerpując całości zagadnienia, dojść można do kilku ważkich wniosków. Zwrócić należy uwagę, że dwór króla nie posiadał stałej siedziby, w związku z czym nie tylko domownicy (rodzina i służba), ale też goście zmuszeni byli do stałego przemieszczania się, co niewątpliwie wpływało na frekwencję przebywających na dworze. Niektóre siedziby, tak jak Jaworów, nie były lubiane przez otoczenie monarchy i to – podobnie zresztą jak pewne indywidulane przyczyny, np. choroba króla czy święta – wpływało na liczbę przyjezdnych. Z drugiej strony skład osób uczestniczących w życiu króla i jego rodziny zależał od charakteru i celu wizyty. Ambasadorowie i korespondenci przysłani przez magnatów pragnęli stale rezydować przy dworze. Pierwsi czynili to niejako z przymusu, chcąc się dobrze orientować w zamysłach króla i być zawsze na jego wezwanie, drudzy z kolei, by z dokładnością informować swoich mocodawców. Kolejną kategorię stanowili urzędnicy i dygnitarze centralni oraz terytorialni, wpływający na decyzje polityczne monarchy i kontrolujący jego posunięcia. Wyraźnie świadczy o tym ich uczestnictwo w radach senatu, audiencjach i licznych naradach, aczkolwiek także w tej grupie da się dostrzec częstą rotację, wynikającą np. z konieczności wyjazdu do dóbr rodzinnych, kontroli spraw majątkowych, konieczności uczestnictwa w zjazdach partykularnych czy wyprawach wojennych. Ostatnią grupę przyjezdnych stanowili szlachcice pragnący załatwić na dworze sprawy związane z piastowanym urzędem, delegacją od innego organu samorządu szlacheckiego czy próbą wstąpienia na służbę dworską.
Uroczystości na dworze króla najczęściej przybierały postać wspólnych spotkań, pozbawionych skrępowania i pompy. Król starał się wysłuchiwać wszystkich interesantów i nie wzbraniać im przystępu do siebie. Swojski charakter miały uczty w towarzystwie króla i jego rodziny, podobnie zresztą spędzanie czasu wolnego. Sama rodzina królewska na co dzień nie była obowiązana do odprawiania ceremonialnych gestów i póz ani też do przebywania we wspólnocie. To ostanie było raczej dobrowolnym wyborem niż koniecznością. Przy całej familiarności, jaka przebija z kart relacji, diariuszy i korespondencji, król bardzo dbał o swój autorytet w oczach poddanych i o powagę majestatu. Reprezentacyjność wpisana była zresztą w życie każdego magnata, stąd król wtedy, kiedy było to konieczne traktował dostojnych gości z należnym szacunkiem, domagając się w zamian tego samego. W pewnych sytuacjach jednak obrzęd i celebracje były koniecznością. Wielkie wydarzenia publiczne zmuszały wręcz do zachowania powagi oraz postępowania zgodnie z ceremoniałem. Brak owej liturgii władzy w życiu codziennym prowadził niestety do licznych uchybień w kontaktach z gośćmi zagranicznymi, którzy opuszczali dwór zniesmaczeni i obrażeni. Wobec tego niektórzy korespondenci z tamtych czasów opisywali dwór Sobieskiego jako mizerny pod względem bogactwa i prestiżu oraz jako pełen łotrów, którym się tam wybornie powodzi, kiedy ludzie przyzwoici nie są ani lepiej przyjmowania ani nagradzani. Po części opinia taka została wytworzona pod wpływem działań królowej, która pod koniec życia króla przejęła stery władzy i starała się wprowadzić system regulujący życie dworu na wzór francuski.
Bogate życie dworskie z czasów Jana III rozwijało się pod wpływem wzorców zarówno francuskich, jak i orientalnych. Skrzyżowanie tych dwóch przeciwnych sobie nurtów za sprawą przybywających gości wytworzyło specyficzną obyczajowość, która w zetknięciu z przyzwyczajeniami króla, jego małżonki i synów utrwaliła w zbiorowej świadomości obraz rodzinnego szczęścia, naturalności zachowania, ale też przepychu życia.
Źródła cytatów: [Sarnecki K.], Pamiętniki z czasów Jana Sobieskiego, oprac. J. Woliński, t. I: Diariusz 1691‒1695, t. II: Relacje 1690‒1696. Wrocław‒Warszawa 2004; Listy Kazimierza Sarneckiego do Karola Stanisława Radziwiłła z lat 1691‒1712, AGAD, AR, sygn. 13939/I‒II (225 listów); Listy Karola Stanisława Radziwiłła z lat 1694‒1727, AGAD, AR, sygn. 7627 (37 listów); Listy do Karola Stanisława Radziwiłła z lat 1692‒1707, AGAD, AR, sygn. 14242 (90 listów); Listy do biskupa krakowskiego Jana Małachowskiego (1623‒1699) z lat 1672‒1698. Biblioteka Kórnicka Polskiej Akademii Nauk w Kórniku, sygn. 1596 (25 listów); Listy z czasów Jana III i Augusta II, wyd. G.B.U. i Wł. Skrzydylka, Kraków 1870; Listy Piotra de Noyers sekretarza Marii Kazimiery z lat 1680‒1683, rzeczy polskich dotyczące, wyd. L. Nabielak. Lwów 1867; J. W. Poczobut-Odlanicki, Pamiętnik (1640‒1684), oprac. A. Rachuba. Warszawa 1987; Listy Jana Sobieskiego do żony Marii Kazimiery wraz z listami innych znakomitych osób przez Jerzego Samuela Bandtkiego z oryginału niegdyś archiwum Sobieskich przepisane, oprac. A.Z. Helcel. Kraków 1860; F.P. Dalerac, Pamiętniki Daleraka z czasów panowania Jana III, z francuskiego przetłum. i przyp. objaśnił Józef Szlezyngier, t. 2. Lwowska Narodowa Naukowa Biblioteka Ukrainy im. W. Stefanyka. Oddział Rękopisów. Zespół 5 (Rękopisy Zakładu Narodowego im. Ossolińskich), sygn. DE-1626; E. Webersfeld, Jaworów. Monografia historyczna, etnograficzna i statystyczna, „Przegląd Naukowy i Literacki”, R. XXXVI, 1909, z. VII; Mikołaj Władysław Przezdziecki, kasztelan nowogródzki na dworze króla Jana III w Jaworowie. Obraz historyczny z niewydanych dotąd korespondencyi spółczesnych, oprac. A. Przezdzecki. Warszawa 1856; J. F. Regnard, Œuvres de J. F. Regnard avec des avertissements sur chaque piéce par M. Garnier, t. I. Paris 1820; [J. Ch. Fagiuoli], Djariusz podróży do Polski wyjęty z pamiętników Jana Chrzciciela Faggiuoli, [w:] „Czas. Dodatek miesięczny”, R. III, t. XI, wyd. F. Kluczycki. Kraków 1858; Pamiętnik pana de Beaujeu, [w:] Cudzoziemcy w Polsce. Relacje i opinie (wiek X‒XVII), t. I, wyd. J. Gintel. Kraków 1971; St. Małachowski do Jana Małachowskiego, Warszawa, 28 IV 1693. Biblioteka Kórnicka Polskiej Akademii Nauk w Kórniku, sygn. 1596, k. 35v; St. Małachowski do Jana Małachowskiego, Warszawa, 9 I 1696. Biblioteka Kórnicka Polskiej Akademii Nauk w Kórniku, sygn. 1596, k. 47; [F. D. S.], Dwór Jana III w 1688 i 1689, [w:] „Czas. Dodatek miesięczny”, oprac. J. Siemieński, R. IV, t. XIII. Kraków 1859.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat