Synowie króla Jana Sobieskiego: Aleksander, Konstanty i Jan, artysta nieokreślony, 1685, Muzeum Narodowe w Krakowie
Główna Konkurs Dziecko Ubiory dziecięce Moda XVII w. Moda XVIII w. Moda XIX w. Tkaniny Rekonstrukcje Inne
Dziecko
Sztuka babienia
Biżuteria dziecięca XVII–XIX wieku
W poszukiwaniu dziecięcego głosu i uczuć
Śladami szczęśliwego dzieciństwa
Od dobrego wychowania do elementarnego kształcenia
Ambasadorki mody - lalki „pandory”
Barbie – kariera najsłynniejszej lalki świata
„Sztuka babienia” – poród i opieka nad małym dzieckiem w dawnej Polsce
Jolanta Charewicz
Pierwszym i może najtrudniejszym zadaniem w życiu dziecka było... urodzić się i przeżyć okres niemowlęcy oraz pełen zagrożeń czas wczesnego dzieciństwa. Przetrwanie samego porodu oraz późniejszych zabiegów pielęgnacyjnych, często bardzo szkodliwych dla noworodka, wymagało nie lada szczęścia. Życie dziecka w dawnej Polsce było ulotne i kruche, i tak je postrzegano. „Bo ten wiek tylko równy pajęczynie/ dziś coś, a jutro z ranną rosą ginie” – pisał Stanisław Samuel Szemiot w cyklu wierszy Cztyry punkty niebezpieczne pożycia ludzkiego, wskazując dzieciństwo jako okres szczególnie niebezpieczny.
To prawda, chociaż rodziło się bardzo wiele dzieci, tylko nieliczne miały szansę na przetrwanie. Badacze szacują, że pierwszych czterech tygodni życia, czyli okresu noworodkowego nie przeżywała jedna trzecia, a nawet połowa dzieci, a zaledwie 35 procent wszystkich urodzonych dożywało dorosłości. W XVIII wieku co czwarte niemowlę nie dożywało nawet pierwszego roku, a przed piątym rokiem życia umierało około 40–50 procent dzieci. Podobnie było w całej Europie – umieralność dzieci we Francji była równie wysoka. „Jedno dziecię, nie ma dziecięcia; dwoje dzieci, pół dziecięcia; troje dzieci, to już jedno dziecko” – głosiło ludowe porzekadło.
Niebezpieczny był już sam poród. Kobietom w ciąży towarzyszyła stała obawa o życie własne i dziecka oraz strach przed bólem. Przyjście dziecka na świat, choć oczekiwane i wymodlone ( wszak za nadrzędny i uświęcony cel istnienia rodziny uważano posiadanie dzieci) wiązało się nieodłącznie ze strachem przed śmiercią – śmierć, czasem bardzo bolesna, groziła zarówno matce, jak i dziecku – każdy poród był swoistym wyzwaniem.
„Babki”, czyli kto pomagał przy porodzie
Pomoc przy porodzie przez wiele wieków była niemal wyłącznie domeną kobiet, długo uważano wręcz, że „jest to sztuka, która nie przystoi mężczyznom”. Przy porodach pomagały doświadczone kobiety, feminae sapientes, w dawnej Polsce zwane najczęściej „mądrymi babami” lub po prostu „babami” albo „babkami”. Odbieranie porodu i opiekę nad ciężarną nazywano „babieniem”, zaś wiedzę o metodach postępowania od okresu ciąży do zakończenia połogu – „sztuką babienia”. W Dykcjonarzu powszechnym medyki, wydanym w 1788 roku, można znaleźć następującą definicję tego terminu, używanego zresztą do XIX wieku: „Sztuka babienia zawiera przepisy na wszystkie wydawania płodu przypadki i która podaje śrzodki skutecznego ratowania cierpiących matek w połogu”. „Babiące”, czyli kobiety odbierające dziecko, nazywano także w dawnej polszczyźnie „dzieciobiorkami” albo „pęporzezkami”, gdyż jednym z ich zadań było odcięcie i podwiązanie pępowiny.
Od intuicji i doświadczenia bab dzieciobiorek zależał w dużej mierze pomyślny przebieg porodu. Do czasu powstania pierwszych szkół położnictwa kobiety nabywały biegłości w sztuce babienia głównie drogą rodzinnych przekazów – najczęściej córki towarzyszyły matkom pomagającym przy porodach, ucząc się zawodu. Kierowały się w swych działaniach doświadczeniem i tradycją, a często po prostu zabobonami, przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Od XVI wieku zaczęły się pojawiać także polskojęzyczne teksty na tematy położnicze, pomocne w rozpowszechnianiu wiedzy, zielniki, pierwsze podręczniki położnictwa, zaś w XVII, a zwłaszcza w XVIII wieku popularne stały się domowe poradniki i kalendarze, zawierające porady, jak odbierać poród i jak opiekować się noworodkiem i małym dzieckiem.
Z czasem wyodrębnił się nowy zawód położnej. W Polsce później niż na zachodzie Europy – wiadomo, że w XVI wieku w Krakowie powstała grupa zawodowa akuszerek, które wstępowały do bractw kościelnych.
Doświadczona i utalentowana „babka” potrafiła poradzić sobie nawet w trudnej sytuacji, ale niekiedy to właśnie ciemnota i błędy położnych bywały przyczyną zgonu rodzącej. Niestety „babki” działające w Polsce często nie miały wystarczającej wiedzy i umiejętności – jeszcze w XVIII wieku praktycznie nie było w Polsce wykształconych położnych. „ Ileż to nie widzimy matek płodnych, z których niezręczność tych pomocnic robi ofiary śmierci!” – ubolewali autorzy osiemnastowiecznego Dykcjonarza powszechnego medyki. Warto wspomnieć, że pierwszą szkołę położnych w Polsce zorganizowano we Lwowie dopiero w 1773 roku, jeżeli nie liczyć pionierskiej szkoły w Brzegu Śląskim, założonej przez żonę piastowskiego księcia brzeskiego, księżną Sybillę, wraz z akuszerką Małgorzatą Fuss. Ta nowatorska instytucja działała, niestety, tylko do śmierci księżnej w 1625 roku. Kolebką nauczania położnictwa była Francja – to w Paryżu w Szpitalu Świętego Ducha (Hôtel Dieu) w pierwszej połowie XVII wieku założono regularną szkołę akuszerek uchodzącą za najstarszą w Europie. Stąd zapewne duża w Polsce popularność francuskich akuszerek, zwanych „madamami”, które chętnie sprowadzano na dwory magnackie.
Kobiety z wyższych sfer miały stosunkowo dobrą opiekę. Pomagające im „baby” sprowadzano najczęściej z zagranicy. Na przykład na dwór Wazów sprowadzano doświadczone położne z Wiednia. Albrycht S. Radziwiłł zanotował w swoim pamiętniku w 1640 roku: „W związku z bliskim rozwiązaniem królowej wysłano do Wiednia kolasy, by przywiodły doświadczone niewiasty na wypadek niebezpieczeństwa w czasie porodu”.
Do porodów w znamienitych rodzinach wzywano niekiedy także wykwalifikowanych lekarzy. Chociaż w XVII wieku zaczęto już akceptować obecność lekarzy podczas porodu, to jednak jeszcze w XIX wieku stosunkowo rzadko poród odbierał mężczyzna – lekarz, chirurg lub cyrulik. Obecność mężczyzny, nawet lekarza, długo budziła opór ze strony rodzących kobiet. Medycy czuwali zazwyczaj przy porodach w domach magnackich i królewskich – asystowali przy narodzinach królewskich dzieci, przy czym same czynności odbierania dziecka wykonywały przeważnie doświadczone, sprowadzone z zagranicy „babki”, doktor zaś czuwał niejako na boku, gotowy do interwencji w sytuacji ostatecznego zagrożenia. Na przykład podczas narodzin pierworodnego syna Władysława IV lekarz królewski Maciej Vorbek von Lettow przebywał w komnacie rodzącej królowej za kotarą, poród zaś przyjmowała „zacna matrona przysłana od cesarzowej z Wiednia” – co zapisał sam medyk w pamiętniku. Królową Boną zajmowali się dwaj lekarze z Włoch: Nicolo Catignani i Giovanni Andrea Valentino. O zdrowie Ludwiki Marii Gonzagi podczas porodu dbali francuski medyk Augustyn Courrade i chirurg paryski Bouchet oraz lekarz Wilhelm Davidson. Nie należy jednak przeceniać możliwości ówczesnych adeptów sztuki Eskulapa. Ze względu na niski poziom wiedzy medycznej najbieglejszy medyk w sytuacji nieprawidłowego ułożenia płodu lub gorączki połogowej pozostawał bezradny, toteż nawet obecność kilku utytułowanych lekarzy nie gwarantowała skutecznej pomocy. Królowa Cecylia Renata, żona Władysława IV, umarła w cierpieniach na gorączkę połogową po urodzeniu martwego dziecka i nie zdołali jej pomoc czterej lekarze, w tym takie lekarskie znakomitości jak Wojciech Oczko i Jan Baptysta Gemma.
Oczekiwanie na dziecko – ciąża
Niekiedy latami czekano na upragnione dziecko, wyczekiwany był zwłaszcza syn – dziedzic i następca rodu. Pomocy szukano w modlitwie, pobożnych pielgrzymkach, magii. Stosowano też praktyki zalecane przez ówczesną medycynę: kąpiele ziołowe, mikstury z ziół, preparaty z rozmaitych zwierząt kojarzonych z płodnością. Zjedzenie jąder dzika miało gwarantować, że urodzi się dziecko płci męskiej. Samo zajście w ciążę nie oznaczało szczęśliwego rozwiązania – bardzo często zdarzały się poronienia. Przyczyn ich było wiele: niewłaściwe odżywianie, zbyt młody lub zbyt zaawansowany wiek kobiety, trawiące organizm choroby, takie jak „sekretna choroba”, czyli kiła, wady wrodzone płodu (małżeństwa często zawierano między bliskimi kuzynami), a w przypadku kobiet ubogich dodatkowe zagrożenie stanowiła praca ponad siły.
W XV–XVI wieku „babki” obejmowały opiekę nad ciężarną kilka tygodni przed porodem.
Ciążę postrzegano jako wyjątkowy okres w życiu kobiety. Powinna ona wtedy szczególnie o siebie dbać i właściwie się odżywiać, unikać zarówno zbędnego wysiłku, jak i długotrwałego leżenia: „Pracowite ruszania, tańce, bardzo są szkodliwe, długie leżenie, częste siedzenie niezdrowe” – pisał Jan Kazimierz Haur w wydanym XVII wieku poradniku z zakresu domowego lecznictwa. Praktycznie wszystko mogło mieć wpływ na dziecko, toteż ciężarna powinna bezustannie na siebie uważać. Wierzono, że samo spoglądanie na to, co brzydkie, kalekie, chore, zagrażało dziecku – „zapatrzenie się” na pożar miało skutkować znamionami na ciele albo na twarzy dziecka. A zjedzenie zajęczego mięsa groziło obdarzeniem potomka wyłupiastymi oczami! Szczególnie niebezpieczne były gwałtowne emocje, gniew, zwłaszcza przestrach – te groziły poronieniem.
Przed poronieniem chronić miało noszenie pasa ze skóry żubra bądź tura, albo niedźwiedzia. Podobny pas z tura nosiła brzemienna Ludwika Maria Gonzaga, która później przekazała go Marysieńce Sobieskiej.
Poród
Jak mogła wyglądać typowa scena porodu, dowiadujemy się z zachowanych przedstawień narodzin Marii, częstych od czasów średniowiecza. Są one – obok ówczesnych traktatów i pism położniczych – ważnym źródłem wiedzy na temat warunków i obyczajów związanych z porodem i opieką nad dzieckiem. Narodziny Marii, św. Jana Nepomucena lub Jana Chrzciciela ukazywano bowiem w otoczeniu i ubiorach z czasów, w których powstawał dany obraz czy rycina – artyści z dużą dbałością o detale odwzorowywali elementy zaczerpnięte ze swojego otoczenia, dokumentując w ten sposób swoją codzienność. Na obrazach przedstawiających narodziny ukazywano takie szczegóły jak piec ogrzewający izbę, krzątające się położne, naczynia do pierwszej kąpieli, powijaki, kołyskę przygotowaną dla noworodka. Przykładem sceny narodzin w realiach mieszczańskiego domu jest fragment ołtarza Wita Stwosza, na którym widać moment tuż po porodzie – położnica, św. Anna siedzi na łóżku, jedna z towarzyszących jej kobiet podtrzymuje trzymane przez matkę dziecko, czyli nowo narodzoną Marię, już owiniętą w powijaki, druga podaje matce talerz z jedzeniem, trzecia przygotowuje kąpiel dla dziecka.
Życie dziecka w dawnej Polsce rozpoczynało się najczęściej w rodzinnym domu, w otoczeniu kobiet odbierających dziecko. Poród odbywał się w domu, w dobrze ogrzanej izbie – nad oknami zawieszano często poświęcone zioła dla ochrony przed złymi duchami, a pomieszczenie zaciemnianoi. Również królowe polskie rodziły we własnej sypialni, prywatnie, w otoczeniu niewielkiej liczby osób pomagających przy porodzie. We Francji czy Hiszpanii przepisy wymagały, aby przy narodzinach królewskich dzieci obecni byli urzędowi świadkowie ich legalnego przyjścia na świat, toteż w komnacie królewskiej położnicy podczas porodu zbierali się tłumnie najwyżsi dostojnicy państwowi. Trudno w takich warunkach o zachowanie choćby elementarnej higieny – można sobie wyobrazić, ile szkodliwych bakterii i zarazków wnosili na swoich strojnych szatach dostojni panowie. Kameralne porody polskich królowych były bezpieczniejsze i bardziej komfortowe dla rodzących.
Jak przebiegał sam poród? „Babki”, czyli położne, postępowały zgodnie ze ściśle określonymi przez tradycję i ówczesną naukę zasadami. Zalecano, aby w czasie bólów porodowych rodząca chodziła po izbie i oddychała głęboko w przerwach między bólami.
W Polsce porody odbywały się najczęściej na łóżku, niekiedy używano specjalnego krzesła porodowego, znanego w Europie od XVI wieku, sprowadzonego do Krakowa przez kupców niemieckich. Rodzącą kładziono do łóżka lub sadzano na krzesło tuż przed rozwiązaniem. Uważa się, że krzesło porodowe było na ziemiach polskich stosunkowo rzadko stosowane. Krzesło takie opisuje Stefan Falimirz w swoim sławnym Zielniku (O ziołach i mocy ich), wydanym w 1534 roku, zawierającym jeden z pierwszych polskojęzycznych tekstów położniczych – Traktat o rodzeniu człowieczym, jako a któremi obyczaymi płód z żywota matek swoich wychodzi na świat, uznawany za pomnikowe dzieło polskiej literatury medycznej. W dziele Falimirza znajduje się rycina ukazująca (z dużym poczuciem realizmu) poród odbywający się na krześle porodowym. Widać rodzącą na krześle kobietę w otoczeniu sześciu bab położnych – dwie z nich podtrzymują rodzącą, trzecia, nachylona, sposobi się do odebrania dziecka – poród wyraźnie już się rozpoczął. Trwa gorączkowa krzątanina. Jedna z kobiet wachluje rodzącą ogromnym wachlarzem, druga niesie naczynie z wodą, inna z kolei trzyma w ręku książkę – być może głośno czyta modlitwy. W tle widać łoże z baldachimem, na które położnica zostanie przeniesiona po porodzie. Falimirz dawał następujące zalecenia na czas porodu: „Naprzód jest przedniejsze lekarstwo: słuszne posadzenie rodzącej na stolczu: temu uczynione, która się na wznak ma dobrze siedzącz na stolcu nakłonić. Przy tym czasu zimnego: w ciepłą wolno izbę ma być w wiedziona ku rodzeniu niewiasta. Lecie zasie bardzo gorących dni nie ma być bronion lekki wiatr z któregoby mogła ochłodzenie mieć”. Po posadzeniu kobiety na krześle „baba” nakazywała swoim pomocnicom kołysać nim, sama zaś siadała naprzeciw rodzącej i sprawdzała postępy akcji porodowej, badając rodzącą palcami namaszczonymi olejkiem liliowym albo migdałowym, a następnie zaczynała masować jej brzuch.
Warto wspomnieć, że Falimirz miał świadomość, jak ważny jest nastrój rodzącej, i zalecał, aby położna uspokajała i pocieszała swoją pacjentkę: „Też baba ma pilno do paniej brzemienney baczyć, a oną upominać i pocieszać słowami miłymi a zwłaszcza obiecuiąc y tuszą iakoby Syna miała urodzić albowiem barzo rady o tym brzemienne panie...” Dla ułatwienia porodu stosowano namaszczanie masłem lub olejkiem migdałowym, pomagać też miało kichanie lub dęcie w butelkę.
Wiele sposobów stosowanych dla ulżenia rodzącej było irracjonalnych, niekiedy mogły one nawet zaszkodzić. Aby zmniejszyć bóle porodowe, w XVI wieku stosowano na przykład do okładów kobyle łajno lub sproszkowane odchody wróble. Odchodów używano także do przyspieszenia porodu – „kadzenie łajnem jastrzębim lub gołębim” miało przyspieszać poród. Marcin Siennik, autor zielnika z XVI wieku, doradzał, aby w tym celu „gnojem końskim kadzić niewieście pod nos”. Dla ułatwienia porodu od XVI do XVIII wieku pojono kobiety wódką, często zmieszaną z tłuszczem, wódkę podawano też ciężarnym i położnicom, nie zdając sobie sprawy ze szkodliwości takiego postępowania – wszak wódka uważana była w Polsce za lekarstwo na wiele dolegliwości. Jeszcze w XVIII wieku wierzono, że ułatwić poród ma trzymanie w ręku magnesu – zabobon znany już w starożytności. Niejeden z absurdalnych przepisów przetrwał wieki. W popularnych w XVIII wieku domowych poradnikach znajdujemy takie recepty „na ciężkie rodzenie”, jak na przykład porada z poczytnego Compendium medicum autum, wydanego w 1719 roku i wznawianego aż do 1798 roku: „Nayprzód twierdzą niektórzy, że białogłowa morduiąca się, gdy weźmie do ręki magnes kamień i trzyma go, prędko płodu pozbędzie. I to twierdzą, że przywiązany koral do uda pomaga do łatwego porodzenia. I to pewna. Day białogłowie mordującej się od innej białogłowy pokarmu wypić z kwaterkę, lub mniey, rzecz częstokroć doświadczona”. Odejście wód płodowych uważano za pewną oznakę zaczynającego się porodu. Dużą komplikację stanowiło przedwczesne odejście wód, ponieważ położne sadzały wtedy zbyt wcześnie kobietę na krześle porodowym. Rafał Józef Czerwiakowski, zwany ojcem polskiego położnictwa i chirurgii, który po reformach Komisji Edukacji Narodowej prowadził nowatorskie wykłady m. in. z chirurgii i położnictwa, opisywał ku przestrodze podobne sytuacje: „Niewiastę do porodowego wsadzaią krzesła, i onę po całych częstokroć dniach do rodzenia przynaglają. Ztąd pochodzi, iż brzemienne często po całych dniach w porodowym siedziały krześle (...)”. I przestrzegał, że „wczesne przymuszanie do Rodzenia jest bardzo osłabiające i wielce szkodliwe”.
Po odebraniu dziecka należało odciąć „i podwiązać pępowinę”. Falimirz doradzał, aby „natychmiast mu pępek obrzezać na trzy palce od ciała daleko, a także zawiązać zasypawszy ono obrzezanie prochem”. Odciętą pępowinę podwiązywano lnianymi nićmi, tasiemką, roślinnymi włóknami, kikut zaś opatrywano szmatką nasączoną oliwą lub ziołowym proszkiem. Odcięcie pępowiny miało znaczenie symboliczne (oderwanie dziecka od matki) i magiczne. Z pępowiny wróżono, często też zasuszano ją, aby w przyszłości dać dziecku do rozplątania – jeśli szybko poradziło sobie z tym zadaniem, miało to oznaczać, że będzie mieć dobrą pamięć.
Po narodzinach dziecka szczególnie ważnym momentem, decydującym o przeżyciu matki, było pozbycie się łożyska. Jeśli nie nastąpiło to siłami natury, uciekano się do rozmaitych, nie zawsze sensownych praktyk, takich jak okładanie brzucha kobiety kobylim łajnem (łajno, jak widać, było środkiem niezastąpionym w dawnym położnictwie), namaszczanie gorącą melisą lub okowitą, skuteczny miał być też wywar z rzeżuchy czy okadzanie tlącym się piżmem albo palącym się „rogiem z nogi ośley”, czyli oślim – lub końskim – kopytem. Część z tych niezbyt wonnych recept wywodziła się z medycyny średniowiecznej i przetrwała w medycynie ludowej. Stosowano też ciepłą parę doprowadzaną rurką do wnętrza macicy. Jeżeli wszystkie te środki zawiodły, „babki” wydobywały łożysko ręcznie. Był to zabieg niebezpieczny, ryzykowny, jednak stanowił jedyną nadzieję na to, by kobieta przeżyła. Jego powodzenie zależało od biegłości „babki”. Tu warto podkreślić, że wiele doświadczonych „babek” umiało sobie poradzić nawet w tak trudnych sytuacjach.
W zasadzie pomoc „babek” polegała na odebraniu rodzącego się dziecka, podwiązaniu i odcięciu pępowiny, wykąpaniu i powiciu dziecka. Jeżeli poród przebiegał w sposób naturalny fizjologicznie i nie zachodziły żadne powikłania, kończył się pomyślnie – i zapewne większość porodów właśnie tak, zgodnie z naturą, przebiegała.
Sytuacja stawała się tragiczna w razie porodu nieprawidłowego. Za śmiertelne niebezpieczeństwo dla matki i dziecka uważano nieprawidłowe ułożenie płodu oraz ciążę bliźniaczą. Za prawidłowe długo uważano wyłącznie „położenie podłużne główkowe” – jak pisał Falimirz: „… główką ma się dziecię rodzące ukazywać, potem szyją z ramiony, potem rączki ku boczkom przytulone a ku noszkom ściągnięte”. Jeżeli stwierdzono inne niż zalecane ułożenie płodu, usiłowano obrócić dziecko w łonie matki – był to zabieg niezwykle niebezpieczny i najczęściej nieskuteczny. Utalentowane położne umiały jednak poradzić sobie nawet w groźnej sytuacji poprzecznego położenia płodu. Przełomem był zabieg dokonany w XVII wieku przez słynną położną Justynę Siegemundin, która dokonała obrotu dziecka za pomocą szelek i odebrała żywego nieuszkodzonego noworodka.
Tragiczny przebieg porodu dziecka ułożonego poprzecznie, jaki odnotowano pod koniec XVIII wieku, opisał doktor medycyny Jan Rożański w podręczniku Sztuka babienia, wydanym w 1786 roku, przeznaczonym dla akuszerek i wszystkich, „którzy oddaleni będąc, nie mają sposobności poradzenia się i wzywania na ratunek w tej sztuce biegłych”: „Nieszczęśliwa ta Kobieta miała przy sobie pięć Bab, które iey przy zlężeniu dopomagać były powinny. Gdy się dziecię w krok zbliżyło, i rękę tylko na świat wykazało: Baby nieumieiąc sposobu obracania dziecięcia, naypierw matkę do góry zawiesiły rozumieiąc, iż przez to zawieszenie, dziecię położenie swoie odmieni i do porodzenia stanie się spodobnym. Gdy ten niebaczny sposób żadnego skutku nie sprawił po długich męczarniach matce zadanych, dziecię potym wszystką mocą za rękę ciągnąć zaczęły: Lecz gdy i to nic nie pomogło, bo dziecię samo obrócić się nie umie, a tym bardziey kiedy tak wielki gwałt w częściach zewnętrznych cierpieć musi, rękę mu tedy przy samym ramieniu ucięły”. Opisywana kobieta umarła po dwóch dniach. Dzisiaj w takiej sytuacji ratunkiem dla dziecka i matki byłoby cięcie cesarskie.
Zabieg ten, znany od starożytności, wykonywano wyłącznie po zgonie matki, usiłując uratować przynajmniej dziecko. Także w Polsce prawo i obyczaj długo nie zezwalały na wykonywanie cięcia cesarskiego u żyjącej jeszcze rodzącej, ponieważ przez wiele stuleci próba podjęcia takiego zabiegu kończyła się nieodmiennie zgonem kobiety. Warto wspomnieć, że za pomocą cięcia cesarskiego usiłowano uratować dziecko polskiej królowej Anny Habsburżanki (znanej jako Rakuszanka), pierwszej żony króla Zygmunta III Wazy. Gdy królowa po dwóch dniach cierpień umarła, dokonano operacji, wydobywając żywego chłopca. Dziecko zmarło po pół godzinie. Badacze spierają się, kto i kiedy w Polsce dokonał pierwszego cięcia cesarskiego na żywej kobiecie. Wiadomo, że pierwsze udane operacje, czyli nie zakończone śmiercią matki ani dziecka, datują się dopiero na XIX wiek. Co ciekawe, pierwszego (udokumentowanego) cięcia cesarskiego w Europie, po którym matka i noworodek przeżyli, dokonano już w 1610 roku w Wittenberdze. Był to jednak przypadek wyjątkowy i raczej odosobniony.
Niestety, porody często kończyły się tragicznie. Niebezpieczny był także okres połogu. Powody tego bywały różne: zły stan zdrowia matki lub wady jej budowy, a także powszechny brak higieny, groźny zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Przez wieki nie wiedziano, że to brak higieny grozi gorączką połogową – przyczyną śmierci niejednej kobiety po porodzie. I nie mówimy tu o sterylnych fartuchach i odkażaniu pomieszczeń. Nawet wymycie rąk przez lekarza czy akuszerkę przed zabiegiem w wielu wypadkach nie było uważane za konieczne aż do drugiej połowy XIX wieku, czyli do odkrycia istnienia chorobotwórczych drobnoustrojów i sformułowania pierwszych zasad antyseptyki!
Należytej czystości nie zachowywano również przy królewskich porodach. Gorączka połogowa była najprawdopodobniej przyczyną śmierci żon kilku polskich władców, w tym królowej Jadwigi Andegaweńskiej, która zmarła trzy tygodnie po urodzeniu córki, mając 26 lat. Badacze uważają, że zakażenie mogło wiązać się z lokalizacją komnaty królowej, znajdującej się w baszcie zwanej Kurzą Stopką, w pobliżu miejsc, gdzie dawniej wylewano fekalia. Z powodu gorączki połogowej umarła także Barbara Zapolya, pierwsza żona Zygmunta Starego, oraz, jak już wspomniano, Cecylia Renata, żona Władysława IV Wazy.
Utrata nowo narodzonego dziecka i śmierć przy porodzie lub w połogu groziła kobietom wszystkich stanów. Przejmująco niebezpieczeństwo porodu, nierzadko kończącego się śmiercią matki i dziecka, opisał Wacław Potocki:
„Matka mrze, żeby dziecię żyło, a co gorzej,
Częstokroć mrą oboje, częstokroć go w sobie
Zgniłym trupem jakoby w żywym nosi grobie”.
Stąd wynikała naturalna, wobec ludzkiej bezradności w obliczu zagrożenia, potrzeba odwołania się do sił nadprzyrodzonych. W czasach przedchrześcijańskich przywoływano na pomoc opiekuńcze bóstwa, których rolę wraz z nastaniem chrześcijaństwa przejęli święci i Opatrzność Boża. Ofiarowywano nienarodzone dziecko Bogu, Marii Pannie albo rozmaitym świętym. Ciężarnymi kobietami opiekowali się na przykład św. Małgorzata i św. Roch. O pomoc przy porodzie proszono też św. Jacka, św. Małgorzatę czy św. Dorotę. Pomocy szukano również w zaklęciach i amuletach.
Czas po narodzinach
Szczęśliwie przebyty poród budził ogromną radość. Po otrzymaniu wiadomości o narodzinach długo oczekiwanego syna – Jakuba – Jan Sobieski, który bardzo obawiał się o zdrowie i życie ukochanej Marysieńki, cieszył się i dziękował Bogu nie tylko za obdarowanie go potomkiem, lecz także „za to, że zachował Mamusieńkę śliczną, jedyne moje kochanie, i z tak ciężkiego wyprowadził terminu, na który ja tylko wspomniawszy, zawszem obumierać musiał”.
Nowo narodzone dziecko prezentowano ojcu – zanoszono je do ojca bądź też wpuszczano ojca do komnaty położnicy. Na dworze Wazów zwyczajowo niewykąpane jeszcze niemowlę, owinięte w pieluszki położna niosła w asyście dam dworu do komnat króla. Radosny nastrój panował na całym królewskim dworze, puszczano ognie sztuczne i strzelano z dział, a pomagające przy porodzie „babki” mogły liczyć na hojne podarunki. Maciej Vorbek Lettow, nadworny lekarz Władysława IV, zanotował: „Babce wychodzacej z królewicem z pokoju z rozkazania JKMci pan Pac starszy pokojowy dał 500 czerwonych złotych w mieszku ślicznym, złotem haftowanym, za pierwsze przyniesienie. Odjeżdżając przy inszych podarkach wzięła 10 000 złotych”.
Po porodzie matkę i dziecko izolowano od kontaktów ze światem zewnętrznym. Ten okres zwyczajowej izolacji, trwający do sześciu tygodni, tłumaczono ochroną matki i noworodka przed działaniem złych sił: mamuny, boginki, nocnice czyhały zwłaszcza na nieochrzczone dziecko i mogły je podmienić (podmianą wyjaśniano zresztą wszelkie wady dziecka). Nie wolno było zostawić dziecka bez opieki ani odwracać się do niego tyłem. Nie wiadomo, czy zakaz kontaktów z obcymi ludźmi bronił dziecko i matkę przed złymi mocami, stanowił jednak z pewnością rodzaj ochrony higienicznej przynajmniej przed częścią groźnych drobnoustrojów.
Izolacja nie była jednak pełna – położnicę odwiedzały sąsiadki i krewne, przynosząc podarunki. Spotkania w żeńskim gronie przeradzały się nieraz w prawdziwe biesiady, zakrapiane „winem, małmazyją, muszkatelą” oraz „miłą gorzałeczką” (według opisu botanika Syreniusza z początku XVII wieku). Kobiety ze środowiska wiejskiego dość szybko wracały do prac domowych, jednak nie opuszczały swojego obejścia.
Odosobnienie kończył tak zwany wywód, połączony z pierwszym pójściem do kościoła, oraz zwyczajowo – biesiada. Wywody królowych były szczególnie uroczyste: królowa w asyście dworu udawała się do katedry, gdzie odprawiano specjalne obrzędy i modlitwy w jej intencji.
Chrzest
Dziecko rozpoczynało – symbolicznie – swoje życie w społeczeństwie w chwili chrztu. Chrzest oznaczał wprowadzenie do wspólnoty. Był obrzędem ważnym także dla zdrowia i przyszłych losów dziecka, oznaczał zabezpieczenie jego duszy – gdyby dziecko umarło, rodzice mogli być spokojni o jego bytowanie po śmierci. Chrzest powinien odbywać się w kościele, lecz jeśli dziecku groziła śmierć, chrzczono je już podczas porodu lub tuż po porodzie – było to bardzo ważne, starano się chociaż na chwilę ocucić, przywrócić do życia te noworodki, które po porodzie zdawały się być martwe, po to, aby zdążyć je ochrzcić. Zgodnie z zaleceniami Kościoła, chrztu należało udzielać jak najszybciej, dlatego niekiedy dziecko zabierano do świątyni nawet podczas niesprzyjającej pogody, nie bacząc na mróz czy upał. W rodzinach magnackich i królewskich chrzty bywały jednak długo odwlekane, gdy na przykład oczekiwano na dostojnych gości albo możnych rodziców chrzestnych.
Wagę obrzędu podkreślano, ubierając dziecko strojnie i bogato, im możniejsza rodzina, tym bardziej wystawny był chrzcielny stroik, czyli tak zwany „krześniak”. Dzieci ubierano w kosztowne ubranka i czapeczki zdobione perłami i koronkami i przykrywano bogato zdobionymi kołderkami. W zbiorach Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu przechowywane są fragmenty stroju chrzcielnego, w którym, zgodnie z rodzinnymi przekazami dawnych właścicieli owego zabytku, miał być chrzczony mały Jan Sobieski, przyszły król Polski. Zachował się czepek zszywany z czterech trójkątów, zdobiony koronką ze złotej nici oraz ozdobny powijak lamowany błękitną wstążką.
Z chrztem wiązały się ważne sprawy: wybór imienia oraz wybór rodziców chrzestnych – imię zapewniało dziecku patrona, czyli opiekuna spośród świętych, możni i znaczący rodzice chrzestni przysparzali splendoru rodzinie oraz mogli być opiekunami i protektorami dziecka w jego dalszym życiu. U szlachty i magnaterii polskiej w wyborze imienia duże znaczenie miała rodzinna tradycja; w poszczególnych rodach imiona przekazywano z ojca na syna lub z dziada na wnuka. Syn Jana Sobieskiego, Jakub, otrzymał imię po dziadku. Starano się zapewnić dziecku możnych rodziców chrzestnych, czyli kumów. W rodzinach królewskich chrzestnymi byli inni władcy, przy czym nie przybywali oni na uroczystość osobiście, lecz przysyłali swoich przedstawicieli. Na przykład rodzicami chrzestnymi Jakuba Sobieskiego byli król Ludwik XIV i angielska królowa Henrietta Maria, którzy oczywiście nie uczestniczyli w ceremonii chrztu.
Uroczystość chrztu odbywała się w kościele, obecna była na niej rodzina, przyjaciele i ważni goście. Chrztu dzieciom królewskim i magnackim udzielali najwyżsi dostojnicy kościelni. Po chrzcie następowała uczta, a dziecko obdarowywano tak zwanym wiązaniem, wartość podarków zależała od zamożności ofiarodawców i znaczenia rodziny dziecka. I tak Jerzy Ossoliński otrzymał od ojca chrzestnego Jerzego Radziwiłła dwie wsie.
Podczas chrztu dziecko początkowo zanurzano w wodzie, od XVI wieku tylko polewano je wodą. Zachowanie dziecka miało znaczenie: jeśli głośno krzyczało, miało to zapowiadać, że będzie człowiekiem silnym i zdrowym – „będzie dobry żołnierz z niego”.
Pielęgnacja noworodka i niemowlęcia: kąpiel, powijaki
Tuż po porodzie noworodka kąpano w ciepłej wodzie z dodatkiem wonnych ziół. Używano wywaru z dziewanny, lawendy, combru albo krwawnika, liści leszczyny i bylicy. Zgodnie z opisem Jędrzeja Kitowicza, w XVIII wieku położne „zaraz po odłączeniu dziecięcia od żywota macierzyńskiego kładły go w kąpiel ciepłą, z wody i różnych ziółek przygotowaną, w której obmyte dziecię obwijały w pieluszki, i tę kąpiel do kilku dni, z początku raz lub dwa co dzień, a potem coraz mniej razy powtarzały; i to kąpanie dziecięcia było obowiązkiem baby odbierającej; potem należało do matki albo mamki, lub piastunki”. Niekiedy kąpano także maleństwo w ciepłym piwie i pokrapiano małmazją. W osiemnastowiecznym poradniku dla matek radzono, by kąpać noworodka w wodzie uszlachetnionej jedną trzecią wina, co zalecano szczególnie dzieciom słabym. We Francji w XVII i XVIII wieku nowo narodzone dziecko myto za pomocą masła i wody z dodatkiem odrobiny wódki – być może pochodzące z Francji położne, przebywające na magnackich dworach taką mieszanką myły dzieci polskich wielmożów. Noworodka we Francji zanurzano zresztą na chwilę w wodzie nie dla higieny, ale „dla ukształtowania ciała”. Chwila kąpieli tuż po urodzeniu bywała dla francuskiego dziecka w XVII wieku jedyną szansą na kontakt z wodą na okres wielu lat – medyczne autorytety uznawały bowiem wodę za niezmiernie szkodliwą dla zdrowia, zwłaszcza zaś zdrowia małych dzieci. Skórę dzieci przemywano we Francji oliwą i olejkiem różanym, a także nacierano solą, oliwą i woskiem dla zatkania porów w skórze – to przez pory w skórze miały do organizmu wnikać choroby. Wiadomo z dziennika osobistego lekarza Ludwika XIII, że pierwszej w życiu kąpieli zaznał on dopiero w wieku 7 lat.
W Polsce od wody nie stroniono, kąpano dzieci dwa razy dziennie, a starsze codziennie, początkowo w ciepłej, a później już w zimnej wodzie. Zadziwiało to francuskich podróżników. Claude Jordan w swoim dziele opisującym podróż po Europie zwrócił uwagę, że w Polsce „dzieci kąpie się w zimnej wodzie, dwa razy dziennie zaraz po urodzeniu przez więcej jak dwa lata. To jest przyczyną, że dzieci nie mają nigdy wyrzutów ani na głowie, ani na twarzy, i że społeczeństwo zahartowane od wczesnej młodości staje się silne”. W środowisku wiejskim podczas kąpieli starano się omijać ciemię dziecka, uważając ciemieniuchę za ochronę dla główki dziecka – pod tym względem obyczaj ludowy był zadziwiająco zgodny z zaleceniami francuskich medyków.
Warto dodać, że pierwsza kąpiel nowo narodzonego dziecka miała dawniej także znaczenie magiczne, co przetrwało w obrzędowości ludowej. Wodę z pierwszej kąpieli wylewano na ręce ojca lub pod urodzajne drzewo.
Po kąpieli noworodka starannie wycierano, nakładano mu pieluchy, po czym następował chyba najbardziej uciążliwy dla dziecka zabieg – zawinięcie w powijaki. Obyczaj spowijania noworodków i niemowląt wywodził się ze starożytności i utrzymywał w Europie przez wieki – w niektórych środowiskach powijaki stosowano jeszcze w XIX wieku. Przepisy, jak należy prawidłowo powijać niemowlę, podawali już medycy starożytni. Znany jest tekst Soranosa z Efezu (II w. n.e.), uchodzącego za autorytet w dziedzinie położnictwa – jego zalecenia były w niezmienionej formie przekazywane przez stulecia. Powijaki były to paski materiału o szerokości około 5 centymetrów niekiedy, długie nawet na kilka metrów. Soranos zalecał paski „wełniane, czyste, miękkie i niezbyt zużyte”, stosowano też powijaki lniane, a w bogatych domach jedwabne. Owijano za ich pomocą całe ciałko niemowlęcia w taki sposób, że przypominało mumię, więżąc w owym kokonie także rączki dziecka. Skrępowane maleństwo nie mogło poruszać nóżkami ani rączkami. Zabezpieczano także główkę, owijając ją kawałkiem płótna. Niekiedy zwłaszcza podrośnięte niemowlaki miewały swobodne rączki, podczas gdy reszta ciała nadal tkwiła w szczelnym oplocie powijaków.
Ta okrutna praktyka miała chronić i wzmacniać dziecko. Uważano, że w ten sposób zapobiega się wykrzywianiu jego słabych z natury kończyn, przeciwdziała skrzywieniu nóżek i innych części ciała. Dzięki powijakom dziecko nie mogło też na przykład włożyć palców do oczu czy chwycić czegoś i wsadzić do ust. Niestety, czyniono dzieciom krzywdę. Ciasno zawinięte powijaki często prowadziły do wywichnięcia stawów, zwłaszcza do deformacji stawu biodrowego. Można sądzić, że takie przeciwdziałanie kalectwu przynosiło bardzo często skutki przeciwne do zamierzonych! Czy to nie z tego powodu tak wielu ludzi w średniowieczu i w wiekach późniejszych było chromych i kulało? Co gorsza, pracochłonny proces powijania nie zachęcał do częstego zmieniania dziecku pieluch, przez co jego delikatna skóra mogła ulegać odparzeniom.
Wydaje się, że na ziemiach polskich zwyczaj ten nie był tak powszechny ani nie utrzymał się tak długo jak na przykład we Francji, choć w Polsce oczywiście występował, zwłaszcza w średniowieczu, co potwierdzają znane przedstawienia dzieci w powijakach. Ciasno owiniętego w powijaki noworodka przedstawiono m. in. na wspomnianym już fragmencie ołtarza Wita Stwosza, ilustrującym scenę narodzin Marii. Jednak, co ciekawe, częstsze są przedstawienia swobodnie leżących niemowląt. W późniejszych wiekach w Polsce niemowląt nie zawijano zbyt ciasno, owijano raczej w pieluchy i otulano w becik. W czasach kiedy nawet malutki Ludwik XIV musiał cierpieć niewolę powijaków, polskie dzieci cieszyły się większą swobodą. Francuz Claude Jordan zwrócił uwagę, że polskie „dzieci rzadko płaczą i zdaje się, że to dlatego, że się ich nie obwija powijakami. Mają wielką swobodę ruchów, podczas gdy we Francji są jak spętane”. Vautrin, który odwiedził Polskę w XVIII wieku, pisał: „Nieznany tu jest okrutny zwyczaj krępowania niemowląt powijakami, pozostawia im się swobodę ruchów, której nie przeciwdziała się i później”.
W osiemnastowiecznych polskich poradnikach położniczych i kalendarzach, popularyzujących w społeczeństwie praktyki prozdrowotne, spotkać się można ze zdecydowaną krytyką powijaków, co mogłoby jednak wskazywać na to, że w niektórych środowiskach w Polsce dzieci nadal krępowano powijakami. Teodor Tomasz Weichardt, autor poradnika dotyczącego właściwej opieki nad dzieckiem, podkreśla, „ile ujmuje się płaczu i chorób dzieciom, wolne im zostawiając członki”.
Spowite lub owinięte w becik dziecko układano w kołysce. Kołyska miała chronić maleństwo przed zgnieceniem przez śpiącą matkę bądź przed innym przypadkowym urazem. Kołyski, wiklinowe, drewniane, z płozami, stawiano (lub wieszano) najczęściej obok łóżka położnicy, dbano też, żeby nie stały zbyt blisko pieca albo kominka, ani by nie padały na dziecko promienie słońca, uważano bowiem, że dzieciom szkodzi zbyt silne światło i ciepło. Zgodnie z ludowymi przesądami również światło księżyca mogło być szkodliwe, powodując „rżnięcia w brzuchu”. Wkładana do kolebki jemioła miała zapobiegać nocnym strachom i złym snom.
Gdy dzieci płakały lub były niespokojne, dawano im do ssania tak zwane sysułki – pierwowzory smoczków. Był to mak z miodem owinięty płótnem – zawiniątko uformowane w kształt nadający się do ssania. Mak z pewnością miał działanie uspokajające i nasenne. Sysułki robiono także z kawałka bułki namoczonej w mleku.
Autorzy poradników doradzali, aby dziecko kołysać na rękach i poruszać nim. „Dzieci nie mają na miejscu jak kłoda leżeć” – podkreślał wybitny renesansowy medyk Petrycy z Pilzna.
Niemowlęta wynoszono dla zdrowia na świeże powietrze, przebywanie na zewnątrz zalecano także małym, uczącym się chodzić berbeciom. Uważano, że świeże powietrze, a nawet lekki chłód wzmacnia i hartuje dziecko. „Dziecię powinno być prowadzone często na świeże powietrze, gdyż niezawodną jest rzeczą, iż lepiej aby ucierpiało czasem nieco zimna, niż aby ustawicznie żyło w złym powietrzu hermetycznie, że tak rzekę zamkniętym w pokojach bogaczów” – czytamy w Dykcjonarzu powszechnym medyki. Z listów do Marysieńki wiadomo, że Jan Sobieski także dbał o to, aby półrocznego Jakubka wynoszono na zewnątrz: „Nosić go po dworze bardzo potrzeba. Ja w takim wieku, jak on nie znałem prawie izby, ustawicznie mnie noszono po dworze”.
Gdy dziecko wyrastało z okresu niemowlęcego, do nauki chodzenia stosowano specjalne szelki, znane były także chodziki konstrukcją bardzo przypominające te dzisiejsze, a na główkę stawiającego pierwsze kroki malca nakładano rodzaj kasku.
Jadłospis noworodka i niemowlęcia
Dziś wiadomo, że najzdrowsze dla noworodka jest mleko matki, które tuż po porodzie ma inną niż późniejsze mleko konsystencję i żółtawy kolor. Tak zwana siara, czyli colostrum, zawiera bardzo wysoki poziom przeciwciał, a jej zadaniem jest stworzenie w organizmie nowo narodzonego dziecka bariery odpornościowej, chroniącej dziecko przed chorobami. Niestety, przez wiele wieków dzieci były pozbawiane tej danej im przez naturę ochrony. Ludowy obyczaj i przekonania uczonych medyków były zgodne: przez wieki uważano, że siara to mleko złe, zepsute, „zwarzone” po trudach porodu, toteż nie należy podawać go noworodkowi! Ten szkodliwy pogląd znajdujemy już w pismach Soranosa (II w. n.e.), który jednoznacznie stwierdzał, że „pokarm matki nie nadaje się zazwyczaj przez pierwszych 20 dni jako ciężki, serowaty, ciężkostrawny, surowy i trudny do zużycia, gdyż pochodzi z chorego i zakłóconego ciała, które przeszło przemiany, jakie porodowi towarzyszą”i. Podobnie Hieronim Spiczyński i Marcin Siennik w XVI wieku ostrzegali, że siara „jest dziecięciu bardzo niezdrowa”, a Weichardt w XVIII wieku tę opinię podtrzymywał, pisząc, że smak matczynego mleka nie może być „taki, jaki się zaraz po połogu w piersiach znajduje”. Dziecka tuż po porodzie nie karmiono, pierwszy pokarm dawano mu po kilku godzinach, a nawet – zgodnie z ludowym obyczajem – po dwóch dniach! Pierwszym płynem podawanym noworodkowi miał być, według zaleceń uczonych, roztwór ciepłego miodu albo inne słodkie mikstury – trudno sobie wyobrazić, jaki wpływ miały te dietetyczne błędy na delikatny organizm noworodka. „Nowo narodzone dziecię w pierwszych dwudziestu czterech godzinach nie potrzebuje inszego pokarmu, jak cukier z manną zmieszany, albo syrop z manny zrobiony” – pisał Weichardt w Radach dla matek .
Uważano też, że noworodka, zwłaszcza słabego, może wzmocnić kilka kropel osłodzonego letniego wina! Było to przekonanie powszechne, sam Jan III Sobieski w jednym z listów, troszcząc się o zdrowie nowo narodzonego Jakuba, napisał, że trzeba mu było wlać „trochę wina w usta, kiedy się urodził, żeby był duży, mocny i na pracę trwały”.
Bardzo ważna była też jakość mleka – zwracano uwagę na to, jaki powinno mieć kolor, konsystencję i smak. Zdawano sobie sprawę, że wartości odżywcze mleka zależą od diety karmiącej kobiety (matki czy mamki), toteż wskazywano, co powinna ona jeść, a czego unikać: niewskazane są na przykład kwaśne i „z cybulą” potrawy, a „groch, rzepa i kapusta robią dziecięciu wiatry”. Dla jakości mleka znaczenie miał nastrój karmiącej i jej stan zdrowia, nie powinna karmić kobieta przyjmująca jakieś leki i mikstury. Co ważne, powszechnie wskazywano na szkodliwość alkoholu – już Marcin z Urzędowa w XVI wieku pisał: „matki same leda co jedzą, upijają się zwłaszcza winemi mocnym piciem, więc ono dzieciątko z niej wyssie potym rozniemoże się, umrze”. Zezwalano wszakże na picie słabego piwa. Jakość i właściwości mleka zależą również od tego, kto karmi – najlepiej, jeśli karmi sama matka, jeśli zaś mamka, powinno się zwracać uwagę na to, skąd pochodzi i jaki ma charakter – wierzono bowiem, że w mleku przekazywane są także cechy charakteru, poglądy i wady (lub zalety) karmiącej. Zwrot „wyssać coś (pogląd lub cechę) z mlekiem matki” rozumiany był dość dosłownie. Toteż wybierając mamkę, należało poszukiwać kobiety dobrze urodzonej, „obyczajnej”, spokojnej, urodziwej i zdrowej. Od starożytności panowało przekonanie, że dla dziecka najlepiej jest, gdy to matka, a nie obca osoba czy mamka karmi je piersią. Również arystokratki i królowe powinny karmić własne dzieci, między innymi po to, aby uniknąć przekazania z mlekiem obyczajów „niepodobnych do obyczajów matki” – podkreślał mocno autor Listu królowej Elżbiety o wychowaniu królewicza, traktatu pedagogicznego z 1502 roku. Karmienie dziecka przez matkę uważano za poruszający uczucia symbol miłości macierzyńskiej. Jednak praktyka bywała inna i dzieci z możnych domów oraz dzieci królewskie były przeważnie karmione przez mamki. W Polsce zwyczajowo mamka mieszkała w domu rodziny, której dziecko karmiła, inaczej niż na przykład we Francji, gdzie powszechnie odsyłano dzieci do domu mamki na wykarmienie.
Niemowlęta traktowano z pewną surowością, uważano, że nie należy ich karmić zawsze, gdy płaczą i domagają się podania mleka, ale raczej przyzwyczajać je do stałych godzin karmienia. Dzisiaj zaleca się karmienie niemowlęcia „na życzenie”.
Gdy matce czy mamce brakowało mleka, aby karmiąca odzyskała pokarm stosowano niekiedy dość groteskowe, choć na szczęście nieszkodliwe sposoby: pomagać miał rosół z myszy bądź wywar, w którym mysz była gotowana – jeszcze w osiemnastowiecznym poradniku lekarskim z całą powagą zalecano bigos z posiekaną myszą lub proszek z suszonej myszy! Stosowano także odwar z mchu.
Dziecko było karmione piersią do drugiego, a nawet trzeciego roku życia, a często o wiele dłużej. Moment odstawienia dziecka od piersi uznawany był za wydarzenie szczególne, wyznaczające kolejny etap jego rozwoju. Zdawano sobie sprawę, że rozwój dzieci nie przebiega u wszystkich jednakowo, i zalecano dostosowywanie się do kondycji dziecka – dziecko słabsze potrzebuje „dłuższego pozwolenia ssania piersi mamki”. Odzwyczajanie dziecka od mleka matki i przestawianie go na inny pokarm przebiegało stopniowo.
Stosowano prototypy dzisiejszych butelek ze smoczkiem – rogi (np. krowie) lub gliniane naczynia w kształcie rogu, z otworem, na który nakładano „smoczek” wykonany ze skóry. Podobne wynalazki znano już w średniowieczu, a zapewne także wcześniej. Malutkie dziecko dostawało do jedzenia rozmaite płynne i papkowate pokarmy, takie jak przeżuty uprzednio przez mamkę chleb zmieszany z miodem i wodą, papki na bazie mąki i mleka, kleiki z „perłowych krupek”, rozwodnione kozie mleko; w XVIII wieku Weihardt polecał serwatkę „która jajcami jest klarowana”, dobry był też rozdrobniony chleb ugotowany w mleku, słodzony, z dodatkiem jajka. Z czasem dietę maleństwa wzbogacano o takie potrawy jak rosół z kurcząt. Kitowicz pisze, że w chłopskich i ubogich rodzinach często karmiono dzieci tym samym, co jedli rodzice: grochem, kapustą, kluskami, ale przeżutymi uprzednio przez matkę.
Początki pediatrii – opieka nad małym dzieckiem w chorobie
Mimo licznych błędów dietetycznych i pielęgnacyjnych wiele dzieci wyrastało jednak na silnych i krzepkich ludzi. A może nie wszystkich zaleceń uczonych teoretyków przestrzegano?
Niestety, bardzo duża liczba dzieci umierała – z powodu zaniedbań, niewłaściwej opieki, wrodzonych wad i schorzeń, a przede wszystkim z powodu chorób zakaźnych. Noworodki i niemowlęta były szczególnie narażone na rozmaite choroby zakaźne, czyli tak zwane „powietrze” – szerzyły się epidemie malarii, dżumy, ospy, czerwonki, duru brzusznego, groźną chorobą zakaźną atakującą zwłaszcza dzieci był dyfteryt, czyli krup. Powszechny brak higieny sprzyjał zatruciom pokarmowym i zaburzeniom przewodu pokarmowego. Częstą dolegliwością, zwłaszcza latem, była biegunka niemowlęca, niekiedy nawet powodująca śmierć.
Zagrożone były nie tylko dzieci z ubogich rodzin, osłabione niedożywieniem i zaniedbane, a więc podatne na choroby, lecz także dzieci pańskie, a nawet królewskie. Na przykład starszy już, bo siedmioletni, królewicz Zygmunt Kazimierz, syn króla Władysława IV, umarł po kilku dniach krwawej biegunki, prawdopodobnie na czerwonkę. Królewicz podobno zaraził się od wojewodziców pomorskich, według innych źródeł przyczyną choroby był nadmiar czereśni – zapewne niemytych – czerwonka zaś to typowa „choroba brudnych rąk”.
Warto wiedzieć, że leczeniem dzieci bardzo długo zajmowali się nie medycy, ale opiekujące się dziećmi kobiety. W okresie średniowiecza i renesansu uważano, że to matki i babki powinny najlepiej wiedzieć, co dolega dziecku. Dla ówczesnych lekarzy samo rozpoznanie choroby u dziecka, zwłaszcza u niemowlęcia, było wyzwaniem, któremu nie potrafili sprostać – przez wieki nie zdawano sobie zresztą sprawy z odrębności medycznej wieku dziecięcego. Medycy uważali, że leczenie małego dziecka należy pozostawić naturze, bo ciała niemowląt są zbyt delikatne, by mogły znieść leczenie i leki. W XVI wieku zaczęły pojawiać się traktaty poświęcone chorobom dzieci i ich leczeniu. Za prekursora pediatrii uważa się włoskiego lekarza Hieronima Mercuriale (Mercurialis). Jego słynne wykłady o chorobach dziecięcych, spisane przez jego ucznia, Jana Hieronima Chrościejewskiego, były obowiązującym i cenionym podręcznikiem pediatrii aż do XVIII wieku. Choć już w Zielniku Falimirza znajduje się fragment o leczeniu dzieci, dzieło Mercurialisa, zredagowane przez Chrościejewskiego, uważane jest za pierwszy polski odrębny podręcznik pediatryczny. Dopiero w XIX wieku zaczęły powstawać pierwsze szpitale lub oddziały szpitalne przeznaczone wyłącznie dla dzieci – na ziemiach polskich stało się to w połowie XIX wieku – był to moment narodzin pediatrii jako odrębnej dziedziny medycyny.
Lekarstwa i kuracje, jakimi usiłowano leczyć chore dzieci, nie zawsze były skuteczne, niekiedy bywały po prostu szkodliwe. Oprócz leków ziołowych, czasem trafnie dobieranych, do arsenału środków „medycznych” zaliczano takie przedziwne składniki jak mózg zająca czy ucięty ogon kota. Nie znano ani przyczyn chorób, ani skutecznych środków ich leczenia. Właściwie wyleczenie opierało się na naturalnej odporności organizmu i mechanizmach autoimmunologicznych, a stosowane terapie przeważnie tylko osłabiały dziecko.
Za niebezpieczne dla dziecka uważano nawet ząbkowanie. Opisywano przypadki dzieci, które umarły w czasie ząbkowania, m.in. pierwsze dziecko króla Jana Kazimierza Wazy. Na bolesne ząbkowanie miało pomagać nacieranie dziąseł miodem różanym z sokiem cytrynowym, ale też mózgiem zająca, a nawet popiołem z zęba wściekłego psa – to nonsensowne zalecenie znajdowało się zarówno w podręczniku Mercurialisa, jak i w innych poradnikach z XVI i XVII wieku. Sensowniejsza wydaje się rada Weichardta, aby „mamka włożywszy dziecięciu palec w gębę dziąsła często nacierała”. Na robaki, często wtedy występujące u niemowląt i małych dzieci, stosowano okłady i rozmaite lekarstwa o wątpliwej skuteczności, niekiedy szkodliwe dla zdrowia dziecka – w XVIII wieku polecano wodę, w której uprzednio gotowano merkuriusz, czyli rtęć, w XVI wieku Falimirz zalecał wódkę z trawy zmieszaną z mlekiem. Wódka miała też pomagać na przepuklinę. Wspomniany kawałek uciętego ogona kota stanowił lekarstwo na różyczkę.
Budzącą grozę chorobą, szczególnie niebezpieczną dla dzieci, była ospa, dzisiaj właściwie wytępiona. Mogła ona spowodować ślepotę i głuchotę, a kto miał szczęście przeżyć, pozostawał nieodwracalnie oszpecony bliznami. Ospa zbierała śmiertelne żniwo o przerażającym zasięgu, rokrocznie umierały na nią setki tysięcy ludzi, zwłaszcza dzieci, ale też dorosłych, m.in. król Francji Ludwik XV. Medycyna długo pozostawała bezradna wobec tej strasznej choroby. Ospę usiłowano leczyć nieskutecznymi balsamami, być może łagodzącymi tylko jej objawy, puszczano krew, stosowano specjalną dietę. Pod koniec XVIII wieku dokonano przełomowego odkrycia: szczepienia ospy ochronnej metodą opracowaną przez angielskiego lekarza Edwarda Jennera (1749–1823). Stosunkowo szybko, już na początku XIX wieku, wprowadzono obowiązek szczepień ochronnych na ziemiach polskich. W Warszawie książę Fryderyk August Poniatowski nakazał szczepić wszystkie dzieci w pierwszym roku życia. Odkrycie szczepienia ospy było jedną z pierwszych wygranych medycyny w nierównej dotąd walce ze śmiertelnością dzieci.
Medycyna i wiedza ludzka przez wieki była bezradna wobec chorób, toteż szukając ratunku dla chorych dzieci, powszechnie uciekano się do praktyk religijnych – dzieci ofiarowywano świętym, Marii Pannie i Bogu, błagając o ich wyzdrowienie. W miraculach, czyli ksiegach, w których spisywano cudowne interwencje poszczególnych świętych, można znaleźć wiele informacji na temat chorób i wypadków, jakim ulegały dzieci, w tym niemowlęta i noworodki. Trzeba przyznać, że modlitwa i śluby czynione w intencji wyzdrowienia dziecka z pewnością nie szkodziły, czego nie można powiedzieć o wielu terapiach stosowanych przez ówczesnych medyków.
Bibliografia
  • Czystość i brud. Higiena nowożytna (XV–XVIII w.), red. Walentyna Korpalska, Wojciech Ślusarczyk, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2015.
  • Czystość i brud. Higiena w XIX wieku: Wokół przełomu bakteriologicznego, red. Walentyna Korpalska, Wojciech Ślusarczyk, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2016.
  • Dzieje medycyny w Polsce, t. 1. Od czasów najdawniejszych do roku 1914, red. Wojciech Noszczyk, Wydawnictwo Lekarskie PZWL, Warszawa 2015.
  • Bożena Fabiani, Na dworze Wazów w Warszawie, PWN, Warszawa 1988.
  • Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, PIW, Warszawa 1985.
  • Weronika Kocela, O zaleceniach i przestrogach dla przyszłych matek w poradnikach medycznych z drugiej połowy XVIII wieku [w:] Światy oświeconych i romantycznych: doświadczenia, uczucia, wyobraźnia, red. Beata Mazurkowa, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2015, s. 117–132.
  • Weronika Kocela, O niebezpieczeństwach podczas ciąży, porodu i połogu w polskich poradnikach medycznych z drugiej połowy XVIII wieku [w:] „Ogrody Nauk i Sztuk” 2015(5), s. 141–145. Zob. http://nowadays.home.pl/ONiS/data/documents/ONIS_2015=285=29=20141-145.pdf [dostęp: 20 czerwca 2018].
  • Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1992.
  • Hanna Kurowska, „W bólu będziesz rodziła” – odwołania do religii w XIX-wiecznych polskich pracach położniczych i poradnikach dla matek [w:] Medycyna i religia, t. 1, red. Bożena Płonka-Syroka, Mateusz Dąsal, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2017, s.87–104.
  • François Lebrun, Jak dawniej leczono: lekarze, święci i czarodzieje w XVII i XVIII wieku, przeł. Zofia Podgórska-Klawe, Bellona, Warszawa 1997.
  • Eleonora Matuszewska, Zarys historii zawodu położnej, Wydawnictwo REA, Warszawa 2012.
  • Tomasz Sioda, Ożywianie noworodków w dawnej Polsce rzeczywistości [w:] W kręgu rodziny epok dawnych. Dzieciństwo, red. Bożena Popiołek, Agnieszka Chłosta-Sikorska, Marcin Gadocha, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2014, s. 95–123.
  • Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku I Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Lekarskie PZWL, Warszawa 2016.
  • Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, Czytelnik, Warszawa 1970.
  • Władysław Szumowski, Historia medycyny filozoficznie ujęta. Podręcznik dla lekarzy i studentów z ilustracjami, Sanmedia, Warszawa 1994.
  • Edmund Waszyński, Historia położnictwa i ginekologii w Polsce, Volumed, Wrocław 2000.
  • Beata Wojciechowska, Troska o poród i małe dziecko w Polsce średniowiecznej [w:] Zdrowie i choroba. Wpływ jakości życia na kulturę w Europie Środkowej, red. Antoni Barciak, wyd. Studio Noa Ireneusz Olsza, Katowice–Zabrze 2013, s. 121–130.
  • Marzena Wrześniewska, Beata Bąk, Historia zawodu położnej i kształtowanie się opieki okołoporodowej na świecie i w Polsce, „Studia Medyczne” 2012, 27(3), s. 89–99.
  • Paweł Wysokiński, Znaczenie wywodu pośród ludności wiejskiej jako obrzędowej ceremonii zakończenia okresu połogu na ziemiach polskich (XIX –XX wiek) [w:] Medycyna i religia, t. 1, red. Bożena Płonka-Syroka, Mateusz Dąsal, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2017, s. 191–200.
  • Dorota Żołądź-Strzelczyk, Dziecko w dawnej Polsce, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006.
  • Dorota Żołądź-Strzelczyk, Dzieciobiorki, pęporzezki, baby – kto zajmował się „babieniem” w dawnej Polsce [w:] Cognitioni gestorum. Studia z dziejów średniowiecza dedykowane Profesorowi Jerzemu Strzelczykowi, red. Dariusz A. Sikorski, Andrzej M. Wyrwa, DiG, Poznań–Warszawa 2006, s. 571–580.
  • Dorota Żołądź-Strzelczyk, Przestrzeń dziecięca w staropolskiej rzeczywistości [w:] W kręgu rodziny epok dawnych. Dzieciństwo, red. Bożena Popiołek, Agnieszka Chłosta-Sikorska, Marcin Gadocha, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2014, s. 213–236.
  • Dorota Żołądź-Strzelczyk, Katarzyna Kabacińska-Łuczak, Codzienność dziecięca opisana słowem i obrazem. Życie dziecka na ziemiach polskich od XVI do XVIII wieku, DiG, Warszawa 2011.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat